Każdy z nas  ma na pewno w życiu swoich ulubionych bohaterów książkowych, ulubione książki i ich autorów. Moją ulubioną bohaterką, z którą zawsze się utożsamiałam była i jest Ania Shirley z książki „Ania z Zielonego Wzgórza” Lucy Maud Montgomery. Taka sama gaduła jak ja, tak samo romantyczna i uparta i zawsze radosna. Ania miała piękną duszę i niewyparzony język, który często przysparzał jej wiele problemów, ale też wiele śmiesznych sytuacji. Była bardzo uparta i zawsze osiągała to, co sobie postanowiła. Można nawet powiedzieć, że robiła złe pierwsze wrażenie, bo była pyskata i zawsze broniła mocno to, w co wierzyła. Kiedy jednak poznało się ją bliżej, okazywało się, że to przemiła, dobra dziewczyna, która po prostu mówi to, co myśli i jest cholernie niepokorna. Ekscytowała się nawet najdrobniejszą rzeczą w życiu i zawsze mówiła: „ Nikt nie jest za stary na marzenia. Tak jak marzenia nigdy się nie starzeją”.

Kiedy w zeszłym roku podjęłam decyzję o starcie w Mistrzostwach Polski Masters powiedziałam sobie, że bez życiówki do domu nie wracam. Długi i ciężki  sezon triathlonowy zakończyłam we wrześniu, startem w Malborku na dystansie 1/4 IM. Wiedziałam, że muszę odpocząć i to nie dwa tygodnie, a minimum miesiąc. Z miesiąca zrobiły się trzy. Nie miałam już do końca roku, żadnych zaplanowanych startów, więc to był dobry moment. Udało się wtedy dobrze zregenerować oraz nadrobić inne zaległości. Zamiast biegać chodziłam raz w tygodniu na siłownię, aby podtrzymać siłę. Myśląc też o przyszłym sezonie triathlonowym, podjęłam współpracę z trenerem pływania. Cały czas myślałam co zrobić, żeby się dobrze przygotować do tych Mistrzostw lekkoatletycznych… „i wtedy pojawił się On, cały na biało”… 😂 Sebastian Dymek. Chciałam bardzo iść krok dalej w bieganiu i zmienić trochę środowisko biegowe. Samemu trudno się trenuje i motywuje. Postanowiłam przyjąć propozycje, którą już dawno temu złożył mi Sebastian. Czułam, że jestem na tyle dojrzała i świadoma, że będzie to owocna współpraca. Treningi rozpoczęłam 20 grudnia. Okazało się, że wcale nie muszę się zarzynać i trenować 6 razy w tygodniu, a tylko 2 razy, zaś w weekend zrobić spokojne wybiegania. Bardzo mnie to ucieszyło, bo jestem mamą na etacie i z czasem u mnie krucho. Na dodatek mogę trenować tylko wtedy, kiedy młodszy syn chodzi na swoje zajęcia pozalekcyjne. Tak sobie wszystko ułożyłam, że właśnie w te dni, Sebastian rozpisał mi treningi. Zbliżał się też czas przerwy świątecznej oraz ferie, więc  było dużo łatwiej to pogodzić. Z wielką przyjemnością wróciłam więc po 3 miesiącach do biegania. Miałam cel, a nowi znajomi z grupy BzD bardzo motywowali. Sebastian doradził żebym zapisała się na rozgrzewkę na 200m, a koronny dystans pobiegła 400 m. Tak też zrobiłam.

Trenowałam 2 x w tygodniu, a w weekend miałam dwa wybiegania do 10 km max. Bardzo mi to pasowało, bo nie lubię długich treningów. Lubię szybkie i krótkie treningi, maksymalnie do godziny. Wynika to nie tylko z moich predyspozycji, ale i z ograniczonego czasu. Jestem mamą na etacie, na dodatek samodzielna. Wszystko robię sama i jeszcze mam czelność kraść czas dla siebie. Przyznam, że treningi Sebastiana bardzo przypadły mi do gustu. Niektóre były ciężkie i szybkie, a inne lekkie i powolne. Kilka treningów wykonaliśmy razem, kilka z grupą BzD a resztę sama. Trzeba nie lada samozaparcia aby to wszystko wykonać zgodnie z planem. Były podbiegi, tempówki, bieg z narastającą prędkością, bieg zmienny i zwykły relaksacyjny. Znowu czułam, że dostałam wiatru w żagle. Znowu mi się chciało biegać, trenować, męczyć! Często zaczynałam pracę wcześniej, aby skończyć ją wcześniej i zrobić trening za dnia, kiedy dzieci były jeszcze w szkole. Mijały dni, tygodnie, miesiące, a ja czułam się coraz silniejsza. Oczywiście to, jak jestem silna mogłam sprawdzić dopiero na zawodach. Nie mogłam się doczekać! W międzyczasie przyszły ferie, dzieci wyjechały na zimowisko, a ja miałam cały tydzień do trenowania dla siebie. Wszystko szło jak po maśle, aż do ostatniego tygodnia przed zawodami. Młodszy syn wrócił z zimowiska z podejrzanymi bólami brzucha. Trafiliśmy do szpitala. Byłam załamana. Moje życie krażyło między szpitalem a domem. Musiałam jakoś pogodzić doglądanie starszego syna oraz chorobę młodszego. Treningi kompletnie wypadły. Sam pobyt i spanie w szpitalu mnie przygnębiło. W zasadzie to noce miałam nieprzespane, bo ataki bólowe następowały głównie w nocy. Na dodatek nadal nie było diagnozy. Byłam załamana. Mój start stanął pod wielkim znakiem zapytania. Wiedziałam, że jeśli trzeba będzie to zrezygnuję z tych zawodów. Miesiące przygotrowań szlak trafi, no ale trudno takie jest życie. W czwartek tj. dwa dni przed zawodami wyszliśmy ze szpitala. Byłam zmartwiona, bo diagnoza nie była jednoznaczna. Nie wiedziałam co dalej robić? Diagnozować prywatnie czy czekać co czas pokaże? Trudna decyzja…

W życiu trzeba mieć trochę szczęścia! Wystarczy, że spotkasz na swojej drodze właściwych ludzi i wszystko się zmienia. Jeden człowiek, jedna słuszna diagnoza i zaczynasz znowu się uśmiechać. Wiedziałam już wszystko, nie wiedziałam tylko nadal jednego … czy wystartuję? Czy stan zdrowia mojego dziecka będzie na tyle dobry, aby pozwolił mi wystartować? Pierwotnie  plany były takie, aby obaj pojechali ze zmną tak jak zwykle. Teraz to było niemożliwe. Stan zdrowia Stasia nie pozwalał na to, a i ja nie chciałam go narażać. Ataki bólowe mijały, a moje nocy znowu były przespane. W piątek wieczorem postanowiłam, że pojadę sama do Torunia, a dzieciom zorganizowałam opiekę. Mój partner świetnie się nimi zajął. Pierwszy bieg miałam o  godzinie 12:20, a kolejny o 14:25. Im bliżej startu, tym byłam bardziej zdenerwowana. Wiedziałam, że jestem dobrze przygotowana. Jechałam tam po swoje: po życiówki.

W biegu na 200 m wystartowało nas 6 dziewczyn. Kobieta po przejściach spotkała kobiety z przeszłością… sportową przeszłością.  😉  Wiedziałam, że nie mam szans na medal, ale na życiówkę jak najbardziej.

Przyszło mi biec na najgorszym pierwszym torze. Różnica nachylenia poprzecznego toru pierwszego w stosunku do najbardziej zewnętrznego wynosi aż 80 cm. To daje bardzo duże możliwości przyspieszenia na skrajnie zewnętrznym torze. Pojedynek był bardzo wyrównany. Dobiegłam do mety jako ostatnia, ale wcale nie taka ostatnia! Czułam się najszcześliwsza na świecie, bo czas na zegarze pokazywał 31:84 s. Nie mogłam w to uwierzyć! Pomimo startu na najgorszym, pierwszym torze poprawiłam życiówkę na dystansie 200m. Szkoda tylko, że dzieci nie mogły tego zobaczyć. One często startując, smucą się kiedy nie wygrywają. Wtedy im tłumaczę, że mama też nie zawsze wygrywa. Czasem dobiegam ostatnia, ale wcale nie czuję się ostatnia. Nie zawsze wygrana wiąże się z zajęciem jakiegoś miejsca. Okazało się, że mój partner zadbał o to, aby widziały jak mama biegnie – on line. 🙂

Po tym biegu wiedziałam już, że teraz może być tylko lepiej. Miałam dwie godziny, żeby ochłonąć. W tym czasie kibicowałam koledze Marcinowi Radomskiemu podczas jego konkurencji – chód mężczyzn na dystanie 3000m.

Bardzo widowiskowa konkurencja. Chód sportowy to bliski krewny biegania, ale rządzi się swoimi prawami. Ta konkurencja lekkoatletyczna rozgrywania jest także podczas igrzysk olimpijskich. Jest to poruszanie się do przodu krokami z zachowaniem nieprzerwanej styczności z podłożem. Podczas każdego kroku noga zakroczna musi utrzymać kontakt z podłożem, dopóki noga wykroczna jest uniesiona. Zawsze kiedy noga dotyka podłoża, musi być wyprostowana w kolanie przynajmniej przez moment. Każdy zawodnik ma przydzielonego sędziego, który liczy mu okrążenia i weryfikuje technikę. Trzykrotne złamanie zasad oznacza dyskwalifikację zawodnika. W Polsce tę dyscyplinę rozsławił nasz wielokrotny Mistrz Olimpijski i Świata – Robert Korzeniowski.

Marcin tak podsumował swój start:

„Jeśli nie możesz latać, biegnij. Jeśli nie możesz biec, idź. Jeśli nie możesz chodzić, czołgaj się. Ale bez względu na wszystko – posuwaj się naprzód.”

Pierwszy start w Mastersach i od razu srebrny medal Mistrzostw Polski Masters w chodzie sportowym w kategorii M40!

Tuż przed moim drugim biegiem, przyjechał trener Sebastian Dymek, który o godzinie 16 miał pobiec swój dystans 3000 m. Obiecał, że po pierwszym okrążeniu, da mi znać jak jest z prędkością. Znowu zostałam przydzielona do pierwszego toru. Dobrze, że nie przyjechała jedna zawodniczka to przesunięto mnie na tor 3.

Przyznam, że biegło mi się wyśmienicie i lekko. Czułam, że mam moc. Sebastian tuż za wirażem krzyknął czas i lekkie spóźnienie, i już wiedziałam co mam robić. Dwie pierwsze zaodniczki były naprwdę silne i czułam, że ich nie dogonię, ale chociaż troszkę mogę się do nich zbliżyć.

Wbiegłam na metę trzecia z czasem 1:12.76 i pierwszy raz w życiu na ostatnich metrach nie odcięło mnie. To był znak, że treningi przyniosły zamierzony efekt. Zdyszana ległam bez życia pod zegarem z pulsem 212 uderzeń na minutę. 😛  Szkoda, że nikt tego nie uwiecznił, bo było nas więcej. Kiedy już uspokoiłyśmy swoje oddechy, gratulacji i radości nie było końca.

To moja nowa życiówka, poprawiona aż o 3 sekundy! Brąz był mój! Wracam do domu z medalem Mistrzostw Polski.

W mojej kategorii wiekowej najlepsza okazała się Małgorzata Gąsowska (1:01.83), która pobiegła w pierwszej serii razem z Anetą Lemiesz (54,86), Dorotą Pawłowską 1:11.06) i Anetą Świtaj (1:10.03). Myślę, że stać mnie aby pobiec ten dystans jeszcze lepiej, ale to zostawię sobie na lipiec i następne Mistrzostwa Polski Masters w Lublinie.

Sebastian Dymek przyjechał tutaj z konkretnym planem. Oto co mówił przed zawodami:

  • 29 stycznia minęło dokładnie 20 lat od jednej z moich największych porażek w karierze😵👎
    Podczas halowych Mistrzostw Polski juniorów w Spale zająłem ostatnie, 11. miejsce w biegu na 3000 metrów. Do tego nabiegałem żenujący czas 9:48.14, o 40 sekund słabszy od ówczesnej życiówki🕜 Czołówka z Pawłem Ochalem włożyła mi nawet 2 duble🤔
    Po biegu byłem załamany i poprzysiągłem sobie pomścić porażkę. Nadszedł ten czas🏋️‍♂️
    22 lutego wystartuję w halowych Mistrzostwach Polski Masters na dystansie 3000 metrów.
    Cel: zmyć plamę na honorze 😉 i dobrze się bawić 🥳
  • W sprawie rozkładu akcentów poradziłem się Mariusza Giżyńskiego, który, jako doświadczony biegacz bieżniowy, z powodzeniem startował w hali. Drobne korekty od Mariusza były trafne, bo trenowało mi się naprawdę dobrze.

Ostatecznie Sebastian zajął 11 miejsce z czasem 10:03.74 i zdobył złoty medal wśród dziennikarzy.

Oto co napisał Sebastian na swoim blogu BzD po zawodach: Z jednej strony liczyłem na dużo więcej, z drugiej strony tragedii i kompromitacji nie było.  Jednak z wiekiem forma spada. To był mój 16 bieg na 3000 metrów i pierwszy powyżej 10 minut (wcześniej 6 razy poniżej 9:00.00 i 9 razy powyżej).

Sebastian przyjechał do Torunia, z kawałkiem ekipy BzD, która poświęciła cały dzień aby kibicować i wspierać trenera. Marek i Krzysiek bardzo Wam dziękujemy za doping, było Was słychać!  🙂  Wiem, że atmosfera bardzo Wam sie podobała i tylko czekać aż się zestarzejecie ;-).

 

 

Od dwóch miesięcy mamy w Polsce trudną sytuację związaną z epidemią koronawirusa. Nikt się nie spodziewał, że wirus COVID-19 aż tak się rozprzestrzeni i unieruchomi cały świat. Pierwszą część sezonu mamy niestety już z głowy. Większość imprez, które sobie zaplanowałam nie obyło się, pozostałe zostają odwoływane i przesuwane na inne terminy. Nie planuję więc za dużo do przodu, bo plany są niczym z potęgą losu. Teraz zatrzymujemy się. Zatrzymujemy, ale tylko na chwilę. Nadal mamy swoje cele, marzenia i wewnętrzne motywacje. Życie toczy się dalej, tyle, że w domu, wśród najbliższych. Bardzo mi to pasuje. Chociaż praca zdalna wcale nie jest łatwa, kiedy trzeba zająć się dwójką szkolnych dzieci i ich lekcjami, ale daję rade. Pracuję w cudownej firmie, która od zawsze mnie wspierała, a teraz wspiera także nas wszystkich podczas pandemii. Ciężko pracowałam od małego na moją obecną sytuację. Trudne dzieciństwo nie jest łatwe, ale za to wyrabia ambicje, szacunek do pracy i pieniądza. Jeśli nie masz o co walczyć, nie musisz o nic się starać, nikt od Ciebie nic nie wymaga to w przyszłości różnie bywa z naszymi ambicjami. Ania Shirley tak mawiała:

„Ach, jak to przyjemnie mieć wyższe dążenia! Jakże się cieszę, że mam ich tyle! A najlepsze jest to, że się nigdy nie kończą. Zaledwie osiągnęłaś jeden cel, już inny, wyższy jeszcze, ukazuje ci się w oddali… I to właśnie czyni życie tak miłym!”

 

Monia

29. Halowe Mistrzostwa Polski w LA Masters 2020 – ostatnia, ale wcale nie taka ostatnia

Monia Monia


Pasjonuję się sportem od urodzenia. Miałam niestety długą przerwę, ale przeznaczenia nie da się oszukać. Od 3 lat nałogowo biegam. Są to głównie biegi na 5 km, 10 km, 3000m, półmaratony, sprint 100m. Mam na swoim koncie koronę półmaratonow i kilka biegów górskich, ale zdecydowanie wolę krótsze dystanse i sprint. Pływam, jeżdżę na rowerze mtb a przynajmniej staram się. Spróbowałam swoich sił w triathlonie i zakochałam się. Jeżdżę na nartach, łyżwach, chodzę po górach. Wszystko oczywiście razem z dziećmi.


Post navigation


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *