W życiu każdego człowieka, przychodzi taki czas, kiedy sięga pamięcią do czasów dzieciństwa. Najczęściej dzieje się to kiedy mamy dobre wspomnienia. W moich zawsze króluje sport w formie zabawy: beztroskie bieganie, jazda na łyżwach, sankach, jazda bez trzymanki na rowerze, dziecięce zabawy w skoki narciarskie czy gra w kosza na podwórku. Pamiętam cudownie, mroźne zimy, kiedy okoliczne stawy i jeziora zamarzały na długi czas, a my dzieci ze wsi, jeździliśmy po nich na łyżwach i graliśmy w hokeja. Przeważnie dziewczyny chciały być jak Katarina Witt i kreciły te Tulupy na lodzie, a chłopcy naśladując Mariusza Czerkawskiego nieraz wracali z hokeja z siniakiem. Nikt wtedy nie martwił się o to czy ma kask albo, że w zeszłym roku w tym stawie utonęła krowa 😂. Wśród skoczków królował wtedy Wojtek Skupień – jak on latał… ech! Prawie jak teraz Małysz, Stoch i Kubacki 😀. Kiedy przychodziła sobota uciekaliśmy z domu na całe dnie. Mieliśmy tylko jedne sanki, a było nas 4, za to były najszybsze w całej wsi. Jeździliśmy na nich parami, bo jakoś trzeba było się dogadać. Wracaliśmy późnym wieczorem mokrzy, zmarznięci ale zadowoleni. To były cudowne czasy. Beztroskie dzieciństwo. Żadne dziecko nie siedziało w domu, żadnego nawet nie udałoby się w nim zamknąć. W domu nie było nic ciekawego do roboty, poza bawieniem młodszego rodzeństwa, co umówmy się było karą. 😂 I choć było biedniej, wszystkim nam żyło się łatwiej i wolniej. Oczywiście miałam kompleks tego, że mieszkam na wsi. Koledzy i koleżanki z miasta mieli blisko do szkoły, na basen, trzepak przed blokiem na którym przesiadywali całe dnie i dyskoteki pod nosem na których wszyscy się spotykali. Zazdrościłam im wtedy tego wszystkiego, a najbardziej tego „nicnierobienia”. Na wsi zawsze były jakieś obowiązki. Po latach, wiem, że nie wyszły nam one na złe. Nikt z nas wtedy nie pomyślał nawet, że to czego skosztujemy w dzieciństwie, powróci w życiu dorosłym. Odżyje na nowo tylko bardziej dojrzałe. Kto by przypuszczał, że przyda mi się kiedyś w życiu jazda na łyżwach, równowaga i siła wypracowane podczas prac codziennych! A jednak.
Ktoś mądry wymyślił triathlon zimowy. 😀 To odmiana normalnego triathlonu tyle, że rozgrywanego zimą na śniegu. Etap pływacki został zastąpiony biegiem narciarskim. Zawodnicy najpierw biegną, potem jadą na rowerze a na końcu biegną na nartach. Obecnie w Polsce nie ma niestety organizowanej tego typu imprezy, ale jest Warszawski Triathlon Zimowy. Zamiast biegu narciarskiego jest tutaj jazda na łyżwach. Kolejność i długość dyscyplin jest następująca: bieg przełajowy – 4 km, jazda na łyżwach – 2 km, jazda na rowerze mtb – 10 km.  Zawody organizowane są już od 31 lat przez Aktywna WarszawaTradycyjnie jazda na łyżwach odbywa się na terenie Toru Łyżwiarskiego „Stegny” w Warszawie. Trasa trudna, kręta i przełajowa.

Zima nas w tym roku zaskoczyła – nie przyszła! 🙂 Zamiast śniegu i mrozu 1 lutego było 11 stopni ciepła, deszcz i błoto. Niektórym tak dogrzało, że biegli bez koszulki.

Byli też tacy, którzy chcąc przyspieszyć w strefie zmian biegli w kasku.

W rywalizacji indywidualnej wzięło udział 191 zawodników w tym 153 mężczyzn i 38 kobiet. W rywalizacji sztafet: 3 sztafety żeńskie, 19 męskich i 18 mieszanych. Limit wieku od którego można było wystartować to 15 lat. Ufff… mieszczę się 😜.  Dobrze, że nie ma limitu w drugą stronę 😀, nawet bardzo dobrze, bo dzięki temu każdy może wziąć udział.

Z Płocka wystartowało nas aż 4 osoby: Jarosław Matacz z Płockiego Klubu Kolarskiego, Robert Peciakowski, Łukasz Zaborowski i Monika Brulińska – również Płocki Klub Kolarski.

Jarek jest bardzo dobrym nie tylko biegaczem ale także triathlonistą. Ma już za sobą kilka startów w triathlonach letnich. W tym roku sezon postanowił zacząć od triathlonu zimowego i dobrze zrobił. Czas 50:33 dał mu 9 miejsce w swojej kategorii M40. Pomimo pomyłki z okrążeniami na łyżwach, czas robi wrażenie.

Zresztą sędzina, która pilnowała na torze porządku sama powiedziała: lepiej zrobić jedno kółko za dużo, niż jedno za mało i być zdysklasyfikowanym. Ludzie próbowali różnych technik, nawet do tyłu. Na szczęście zostali pouczeni, że tak nie wolno, bo najważniejsze jest bezpieczeństwo swoje i innych.

O tym, że Łukasz Zaborowski będzie próbował swoich sił w triathlonie zimowym dowiedziałam się na lodowisku w Płocku, kiedy go spotkałam. Właśnie kupił sobie łyżwy i miał je pierwszy raz na nogach. 🙉 Za to świetnie jeździ na rolkach, a to już szybka droga do sukcesu na łyżwach. 57:27 to czas jaki wykręcił Łukasz i dało mu to 17 miejsce w kategorii M30.

Pierwotnie Łukasz miał jechać na rowerze miejskim, ale udało mu się pożyczyć rower mtb. Pisze o tym, bo tak naprawdę nie ważne na czym jedziesz, jakie masz buty czy łyżwy, jaki strój tylko to, że chcesz się ruszać. Startując wygrywasz sam ze sobą. To ma być także a może przede wszystkim dobra zabawa. Ta sztafeta na pewno bawiła się wyśmienicie! 👏

Roberta Peciakowskiego znam z treningów rowerowych z Płockim Klubem Kolarskim. Świetnie jeździ na rowerze, wiemy wszyscy, ale że też umie jeździć na łyżwach i biega jak rakieta nie wiedziałam. 😉

Robert tuż przed startem miał trochę nerwówki ponieważ zapomniał butów na rower. I co teraz? Zapytałam, kiedy zobaczyłam go tuż przed startem. Szybko kupiłem nowe! 😂
Z Robertem to jest ciekawa sprawa, bo na bieganiu go dogoniłam i biegliśmy praktycznie obok siebie, aby na łyżwach on mnie dogonił a na rowerze zdeklasował. Kiedy wjechałam na metę, nagle Robert był tuż za mną. O co chodzi? – pomyślałam. Okazało się, że spiker pomylił się i dołożył Robertowi jeszcze jedno okrążenie na rowerze. Robert na mecie wyraźnie był zdegustowany tym faktem. Napisałam po stracie do Roberta, żeby wyjaśnił tę sprawę z organizatorami. Obiecał, że przejrzy nagranie z kamery aby być pewnym na 100%, że zrobił o jedno kółko za dużo i do nich napisze. Dziś wiem już, że wszystko dobrze się skończyło i wyjaśniło. Ostateczny czas Roberta na mecie to 54:15 w tym 29:09 to czas spędzony na rowerze co dało mu 13 miejsce w M40. 👏💪

Ja wystartowałam już po raz drugi i celem było ukończyć zawody w czasie poniżej godziny a tym samym pobić rekord sprzed roku. Nie nastawiałam się na ten wynik jakoś wyjątkowo, żeby się nie zawieść na sobie. Na pewno trenowałam i to ostro. Po 3 miesiącach przerwy od biegania, spowodowanej należącym się odpoczynkiem, 20 grudnia wróciłam do trenowania. Nie myślcie sobie, że przez ten czas nic nie robiłam! Tym razem postawiłam na pływanie. Wiedziałam, że po nieudanym starcie w Gdyni muszę coś z tym zrobić. Znalazłam zupełnie przypadkowo świetnego fachowca w tej dziedzinie.  Mariusz Winogrodzki – utworzył w Płocku grupę Swim Masters. Od października trenuję pod jego okiem. Kiedy w grudniu doszło bieganie, było tak, że wykonywałam dwie jednostki treningowe jednego dnia. Przyznam, że to było dla mnie trudne i nie zawsze radziłam sobie ze zmęczeniem na basenie. Postanowiłam też coś zmienić w swerze biegowej, zwłaszcza otoczenie. Przyjęłam propozycję, którą już dawno złożył mi Sebastian Dymek, założyciel i trener grupy Biegaj z Dymkiem. Bardzo imponują mi sukcesy jego i jego ludzi. Rozmowy trwały już jakiś czas, ale musiałam dojrzeć do tej decyzji.  Sebastian jest dobrym trenerem ale bardzo wymagającym:   albo robisz solidnie to co trzeba albo cię nie trenuje. Sebastian rozpisał mi treningi 3 razy w tygodniu. Bardzo mi to pasowało, bo dzięki temu miałam jeszcze czas na kalistenikę oraz trenażer. Obecnie jestem w planie treningowym pod Mistrzostwa Polski Masters w LA, w których pobiegnę 400 m. Sebastian uwzględnił również treningi pod triathlon zimowy. Czułam, że treningi są dobrze dopasowane bo z każdym dniem siła rosła. Bardzo mało niestety jeździłam na łyżwach, ale przecież tego się nie zapomina – pomyślałam. Chociaż po tegorocznym starcie wiem, że nie wolno bagatelizować żadnego przeciwnika. Na rowerze jeździłam mało, ale na gwiazdkę kupiłam sobie trenażer i udało się trochę potrenować w domu. Szczątki formy zostały jeszcze z jesiennych wojarzy na mtb po Kampinosie i Cierszewie. Tak przygotowana stanęłam po raz drugi na linii startu Warszawskiego Triathlonu Zimowego.

Tym razem nie byłam sama! Miałam obok siebie mocną ekipę dopingującą w osobie mojego partnera, przyjaciółki Darii oraz braci z bratankami. Już przez samo to, czułam się silna i pewniejsza siebie. Tak kochani, to tak działa!
Tym razem ustawiłam się lekko z przodu, tak aby nie musieć męczyć się z wyprzedzaniem po wąskiej biegowej ścieżce. Biegło mi się bardzo lekko i od samego początku czułam, że mam moc w nogach.

4 km pokonałam w 17:33 min. Trawiasta trasa biegowa szybko zmieniła się w bagnistą i śliską ścieżkę. Nie chciałam myśleć o tym, co się będzie działo na rowerze. Po bieganiu przyszedł czas na łyżwy. W zeszłym roku dużo czasu zajęła mi strefa zmian ponieważ łyżwy miałam schowane w torbie. Dużo czasu zajęło mi ich wyciąganie. W tym roku przygotowałam je jak należy: naostrzyłam i ustawiłam tak aby tylko w nie wskoczyć 😉. Wszystko szło wyśmienicie do czasu aż wyszłam w nich na lód. Kompletnie nie chciały jechać! Zero poślizgu!

Pozostało mi tylko ciężkie ich przesówanie po lodzie. Namęczyłam się okropnie na tych łyżwach. Jechałam siłowo, co mnie bardzo osłabiło. Do dziś nie wiem czy były źle naostrzone, czy woda na lodzie je spowalniała, czy rdza je hamowała, a może moja technika była do bani…? 🤔  Pojechałam gorzej niż w zeszłym roku o 1,5 minuty. Chyba w przyszłym roku kupię nowe, bo te mają  już 15 lat więc miały prawo zaszwankować. Po łyżwach przyszedł czas na rower. Roweru zawsze obawiam się najbardziej, ponieważ tutaj może się zdarzyć najwięcej wypadków: guma, łańcuch, wywrotka. Wiadomo… najwyżej dobiegnę z nim. Tak robili zawodnicy po złapaniu gumy, których mijałam na trasie triathlonu. W tym roku postanowiłam wystartować na rowerze syna. Ja nadal nie dorobiłam się swojego, a ten Kross syna ma duże koła i jest nowy.

Szybko okazało się, że jedzie się fatalnie. Miałam wrażenie jakbym się zapadała z tym rowerem i grzęzła w błocie. Trudno mi było w tej sytuacji pospieszyć. Po pierwszym okrążeniu postanowiłam wziąć sprawy w swoje ręce i jechać po trawie, a nie po błocie rozjechanym przez wszystkich. Okazało się, że to był strzał w dziesiątkę, bo rower trzymał się twardej nawierzchni i nie odczuwałam żebym się zapadała. Dzięki temu wyprzedziłam wielu zawodników. Jadąc cały czas liczyłam w głowie okrążenia. Nie chciałam się pomylić. Przez te zakręty nie można się było za bardzo rozpędzić. Straty można było nadrobić tylko na krótkich, prostych, asfaltowych odcinkach. Nadal jednak wydawało mi się, że jadę za wolno! Bardzo mi pomógł doping moich bliskich. To było niesamowite kiedy jechałam, a moi mali bratankowie krzyczeli: Dawaj Monika! Dawaj! … Monika! Monika! 😀 Łezka się w oku kręci. Przyjaciółka Daria krzyczała w niebogłosy: Dajesz Monia, dajesz! Jesteś najlepsza! Daria jest jedną z tych kobiet, która czyta mojego bloga, którą natchnął i która teraz przygotowuje się do swojego pierwszego w życiu triathlonu! 💪 Mocno Jej kibicuję i trzymam kciuki, żeby wszystko się udało.
Kiedy wjechałam na metę, byłam tak oszołomiona, że w końcu już nie byłam pewna czy to było moje ostatnie kółko, czy mam jeszcze jedno. Przyjaciele i spiker utwierdzili mnie w przekonaniu, że to już jest koniec… 😀 Spiker miał znajomy głos i powiedział coś bardzo ważnego, czego ja nie usłyszałam wtedy. Złapałam lekką zadyszkę, bo przez chwilę nie mogłam oddychać, aż zakręciło mi się w głowie. Nagle podchodzi do mnie Jarek Matacz i mówi:

-Gratuluję Monia! Jesteś pierwsza w kategorii. 🙉
Nie mogłam w to uwierzyć!

– Serio?!
– No tak!

– Skąd wiesz?
– Spiker mówił, kiedy wyjeżdżałaś na metę.

Złapałam się za głowę 🙉, nie mogąc uwierzyć w to. Jakby tego było mało, czas jaki wyświetlał się na telebimie obok mojego nazwiska to – 59:18! 🙉🙈 Marzyłam o tym, żeby złamać tę godzinę, ale nie przypuszczałam, że się uda. Na trasie kompletnie nie patrzyłam na zegarek. Nie było czasu i nie chciałam się rozpraszać. Chciałam zrobić ten dystans najlepiej jak w tym momencie potrafiłam. Udało się! To był dobry początek sezonu. Wiedziałam, że jazdę na łyżwach zawaliłam, dlatego mam po co wracać w przyszłym roku! 9 open to wielka nagroda, bo przede mną na mecie same szesnastki!

Niesamowite emocje towarzyszą, kiedy się wchodzi na podium. Zdajesz sobie wtedy sprawę, że warto, że Twoja ciężka praca nie poszła na marne. Kiedy Grzegorz Wajs rozpoznał we mnie kobietarakietę, zrobiło mi się wyjątkowo miło. Znamy się ze startów Lotto Poland Bike.
Niesamowite emocje towarzyszyły zwycięzcom. Jadąc swoje, wszystko słyszałam w głośnikach, co się dzieje na trasie. Rywalizacja jak zwykle była zacięta i do końca toczyła się walka o pierwsze miejsce. Wygrał z czasem 40:27 – Tomasz Szala (rocznik 1990) i tym razem miał kask na łyżwach! 😀 Finiszował na jednym kole jak przystało na najlepszego triathlonistę.

Na drugim miejscu z czasem 40:40 wjechał na metę Piotr Małek (rocznik 1976 💪), trzeci był Arkadiusz Jusiński (rocznik 1976) z czasem 41:54 👏. Od samego początku prowadził Tomek Szala. Po biegu był pierwszy, a zaraz za nim Jarek Górecki, który ostatecznie był czwarty. Jak on wskoczył w te łyżwy w 56 sekund to ja nie wiem, ale zrobił to! Czas na łyżwach miał gorszy o 30 sekund od Piotra Małka i rower też. Przewaga na bieganiu dała mu jednak minimalne zwycięstwo.

Wśród pań wygrała Kasia Praszczałek – znana również z udziału w zawodach mtb Lotto Poland Bike (rocznik 2004) z czasem 49 min.  Była bezkonkurencyjna, ponieważ następna zawodniczka – Celina Biela (rocznik 1982) wjechała na metę prawie 4 minuty po niej – 52:44! Trzecia na mecie była Anna Sajnóg (rocznik 1989) z czasem 53:14.
4 minuty po mnie wjechała na metę kolejna „czterdziestka”. Kobietki! Czterdziestki i nie tylko! Jest nas coraz więcej! W tym roku wystartowały trzy pięćdziesiątki! 👏💪 Nie dajmy się światu, starości, chorobom i stereotypom! Śmiejmy się pełną piersią kiedy ktoś mówi, że w tym wieku to już nie wypada tak się zachowywać i robić takie szaleństwa! Korzystajmy z życia i tego jakie mamy teraz możliwości spędzania wolnego czasu. Do wygrania dużo więcej niż podium, bo: uśmiech, radość, zdrowie, szczupła i zgrabna sylwetka, inspiracja, pewność siebie i wiara we własne możliwości!

Mój trener od razu przeanalizował wynik:

– zdeklasowałaś rywalki na bieganiu i rowerze! Pobiegłaś minutę lepiej od kolejnej kobiety w twojej kategorii i utrzymałaś średnie tempo 4:20. 🚀💪👏

Byłam bardzo zadowolona z siebie bo poza dobrą zabawą, udało się także dobrze pobiec. Teraz to mnie najbardziej interesuje! Postęp w bieganiu. Za dwa tygodnie ważne zawody – Mistrzostwa Polski Masters w LA. Na tej samej hali w Toruniu w sobotę odbył  się meeting Orlen Copernicus Cup. To była prawdziwa lekkoatletyczna uczta!

Tyle rekordów!
Już nic nie będzie jak dotąd!

Może to nie Triathlon, ale mega szybkie bieganie i wysokie skakanie, na najwyższym światowym poziomie. Sport przez duże S! Jak wszystko – wymaga dużo ciężkiej pracy. A ten amatorski tym bardziej, bo trzeba go godzić pomiędzy rodziną, pracą, przyjaciółmi i innymi obowiązkami dnia codziennego. Pożytek z tego jest taki, że dzieci moje same chcą pływać, biegać, jeździć na rowerze. Kupiłam trenażer i one już zaczynają na nim kręcić te Vaty 😉. Dlatego każdego dnia dziękuje za zdrowie moje i moich dzieci, za to że mogę się realizować w mojej pasji, która sprawia mi przyjemność. Mało brakowało, a nie zrealizowałabym moich marzeń o bieganiu i triathlonie…
Nie rezygnujecie ze swoich marzeń! Nie zakopujcie pragnień i nie odkładajcie na potem, bo potem może już być za późno! Nie myślcie, że mi zawsze się chce, że zawsze mam siłę. Nie! Na szczęście dzieci są wspaniałym bodźcem do „chcenia”! Czasem trenuje bardzo rano, a czasem nawet o zachodzie słońca. Ale to …
„W zachodzie słońca wypala się cegły na budowę dnia jutrzejszego”

Monia

p.s. Niektóre zdjęcia pochodzą z kolekcji Aktywna Warszawa. Dziękuję

31 Warszawski Triathlon Zimowy w deszczu i błocie

Monia Monia


Pasjonuję się sportem od urodzenia. Miałam niestety długą przerwę, ale przeznaczenia nie da się oszukać. Od 3 lat nałogowo biegam. Są to głównie biegi na 5 km, 10 km, 3000m, półmaratony, sprint 100m. Mam na swoim koncie koronę półmaratonow i kilka biegów górskich, ale zdecydowanie wolę krótsze dystanse i sprint. Pływam, jeżdżę na rowerze mtb a przynajmniej staram się. Spróbowałam swoich sił w triathlonie i zakochałam się. Jeżdżę na nartach, łyżwach, chodzę po górach. Wszystko oczywiście razem z dziećmi.


Post navigation


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *