Od kiedy zmieniłam swoje życie, postawiłam na siebie i zaczęłam spełniać marzenia. Wiedziałam, że nie będzie łatwo, ale postanowiłam, że nie poddam się i będę szczęśliwa. To szczęście dają mi dzieci, praca, sport i podróże. Sport szczególnie zakorzenił się w mojej rodzinie. Przez 5 lat wkładałam w to co robię bardzo dużo serca! Otworzyłam też bloga, z którego jestem bardzo dumna. W zasadzie szłam jak burza. Nie było żadnych przeszkód ani porażek, które by mnie mogły zatrzymać lub zniechęcić. Kiedyś nawet mój brat powiedział: Uważaj Monika, bo Tobie to wszystko za łatwo przychodzi”! Wiedziałam o tym, nawet tego chciałam, tylko zastanawiałam się co i kiedy mnie zatrzyma…

Spełniałam się jako biegacz i zapragnęłam czegoś więcej. Biegi uliczne przestały mnie bawić, a kolejny medal nie przynosił wymarzonej satysfakcji. Weszłam w Mastersów i zakochałam się w Triathlonie. To była „miłość od pierwszego wejrzenia”  😀 Zaczęłam nadrabiać stracony czas: do biegania dołożyłam pływanie. Byłam kiepska, bardzo kiepska. Zaczęłam oglądać filmy na Youtube, na temat techniki pływania. Nie miałam czasu ani pieniędzy na prywatne lekcje z instruktorem, choć na pewno by się przydały. Na basenie spędzałam przez ostatnie dwa lata – 2-3 godziny tygodniowo. Dużego doświadczenia nabrałam podczas startów w triathlonach oraz pływaniu w lecie open water. Do tego stopnia, że w tym roku postanowiłam spróbować czegoś więcej. Jest okazja to trzeba korzystać. W czerwcu z cyklu imprez IRONMAN organizowanych w Polsce wystartowałam w olimpijce. Pomimo dużych obaw i osobistych dylematów udało mi się przepłynąć 1500 m w Zegrzu. To była pierwsza moja styczność z pływaniem w falach i bujaniu. Nigdy wcześniej nie pływałam w takich warunkach. Wiem, że wtedy się udało, bo wystartowałam w piance, bez – bym tego nie zrobiła. Dlatego, kiedy mój kolega i szef zaproponował start w Gdyni – zgodziłam się. Oczywiście ta impreza była na mojej liście jednych z trudniejszych i jednocześnie marzeniem. Każdy triathlonista marzy o Gdyni i każdy kiedyś powinien tam wystartować. To” must have” każdego triathlonisty, a meta na plaży w Gdyni robi wrażenie.

Enea Ironman Gdynia  pierwszy raz odbyły się w 2015 roku jeszcze pod nazwą Herbalife Ironman Gdynia 70.3. Wystartowało wtedy około 2 tysięcy zawodników, którzy ścigali się na trasie w Gdyni i Rumi. Z biegiem lat poszerzono program zawodów o imprezy towarzyszące: Sprint triathlon Gdynia, Sztafety oraz Wiśniowski Ironkids. Były to najlepsze zawody triathlonowe w Polsce. Marzyłam o tych zawodach, ale wiedziałam, że to dla mnie za wysokie progi. Pływanie w powijakach, rower nie ruszony a samym bieganiem triathlonu nie zrobię. Kiedy w tym roku poczułam się pewniej w wodzie oraz podszkoliłam kolarstwo, zdobyłam się na odwagę aby wystartować. Pływałam długie kilometry w wodach otwartych, ale nigdy nie trenowałam w morzu, w falach. Wiadomo, że to zupełnie inne pływanie. No, ale stało się! Decyzja podjęta! Startuje w Gdyni na dystansie sprint, a moi koledzy z firmy na dystansie Ironman 70.3. Pamiętam, że miałam dużo wątpliwości. Podpytywałam znajomych, którzy w zeszłym roku startowali na tym dystansie jak się pływa w tym morzu? Gdzie dokładnie? Czy lubią być fale? Opinie były pozytywne, ale z uwzględnieniem wcześniejszego potrenowania w morzu. Wiedziałam, że to będzie trudne, bo nie mam czasu jeździć specjalnie nad morze, tylko po to aby tam potrenować. W lipcu przejechałam treningowo ponad 600 km na rowerze, trochę mniej biegałam, ale raz w tygodniu miałam specjalny trening motoryczny na stadionie. Trening z płotkami na poprawę techniki biegowej oraz szybkościowej. Zawody miały się odbyć 10 sierpnia 2019 roku w samo południe. Międzyczasie zmieniły się moje plany rodzinne i do ostatniej chwili nie byłam pewna czy wystartuję. Tak jakby wszystko sprzysięgło się przeciwko mnie, jakby mi podpowiadało, że jeszcze nie czas… Znalazłam opiekę do dzieci i dzięki temu mogłam pojechać spokojnie do Gdyni. Ruszyłam z Płocka o 16:00 z godzinnym opóźnieniem. Jakby tego było mało, po drodze, tuż na bramkach w Rusocinku miałam stłuczkę. Ludzie wypchają się bezczelnie, a kierowca za mną nie chcąc wpuścić przed siebie innego, zbyt mocno zbliżył się do mnie i uderzył w zderzak. Straciłam przez to kupę czasu. Biuro zawodów, zlokalizowane na Skwerze Kościuszki a wydawanie pakietów było tylko do 20:00.  Na szczęście wszystko się przedłużyło i zdążyłam.

Najważniejsze było wprowadzić rower do strefy zmian przed 21:30 oraz powieszenie worków w strefie rowerowej i biegowej. Cała reszta jutro.

Wieczorem nagle pogoda zaczęła się zmieniać, wiatr wiejący od morza był coraz silniejszy. Rano niebo zachmurzone nie wróżyło nic dobrego. Do miejsca zawodów szłam pieszo i już po drodze zaczął padać deszcz. Zanim doszłam, byłam kompletnie mokra. Jakby tego było mało zgubiłam opaskę, która upoważniała mnie do startu i wejścia do strefy zmian. Musiałam do godziny 9:00 czekać aż otworzą biuro zawodów, dadzą nową opaskę, by móc uzupełnić worki i bidony.

O 10:00 startowała 1 fala zawodników PRO oraz mężczyzn do 45 r. ż. Cała reszta: mężczyźni 45+ oraz kobiety o 12:00. O godzinie 10:00 pogoda nie zapowiadała nic dobrego. Nawet kibiców było mało, a ci co byli, to rodziny towarzyszące zawodnikom. Strefa rodzinna – pusta.

Deszcz padał coraz mocniejszy a wiatr sprowadził coraz większe fale na morzu.

Kilku zawodników nawet wróciło z wody, gdyż nie zdołali przedrzeć się przez fale. Dało mi to mocno do myślenia. Skoro oni nie dali rady, to ja tym bardziej.

D66F6FB3-7EB5-4C96-B12B-6ADA07739D48

Lało i wiało tak, że zmarzłam i musiałam iść się ogrzać gorącą herbatą i ciepłą szarlotką.

Międzyczasie przestało padać, ale urosły fale na morzu. Widziałam jak wielkie bałwany uderzają o falochron i wracają w morze ze zdwojoną siłą. Krótka fala tzw cofka to najgorsza fala dla pływaka. Zastanawiałam się nawet czy wystartować. Pierwszy raz naprawdę się bałam. Do samego końca miałam mętlik w głowie. Nie jestem z tych, którzy poddają się bez walki, ale miałam dylemat. Pół godziny przed startem poszłam się rozgrzać do wody. Byłam przerażona. Nie dało się pływać nijak. Postanowiłam wtedy, że jeśli nie będzie mi to sprawiało frajdy, zrezygnuję. Wiedziałam, że to będzie ryzykowna walka o przetrwanie. Takiego samego zdania byli ratownicy stojący na brzegu. Mówili między sobą: „na miejscu organizatora przesunąłbym zawody w czasie, bo będzie dramat. Zrobimy wtedy co w naszej mocy”. Fale napływały z morza i przykrywały zawodników ponad głową. Miotały ludźmi nawet przy brzegu. Aż dziwiłam się, że organizatorzy nie przesunęli godziny startu, bo o 13 miało już się wypogodzić.

12:00 START! Na gwizdek sędziego wszystkie zielone czepki wystartowały, zaraz za nami pomarańczowe – sztafety. Już wtedy byłam tak przerażona, że nie potrafiłam nawet cieszyć się tą atmosferą. Ludzie wbiegali do wody, a ja wchodziłam powoli by odwlec w czasie ten start. Już wiedziałam, że nie ma odwrotu. Trzeba płynąć do przodu, o ile można to nazwać pływaniem. Początek nie był nawet taki najgorszy, jakoś udawało mi się przedostawać między tymi falami i wczuć w ich rytm. Nawet udawało się trochę popływać kraulem. Kiedy nachodziła fala, ludzie odwracali się na plecy aby się nie utopić. Przyznam szczerze, że nawet byłam zadowolona z mojego płynięcia. Ani razu się nie podtopiłam, choć widziałam, że ludźmi rzucało jak sardynkami. Nagle około 300 m-400 m zaczęło się dziać coś dziwnego. Nastąpiła kumulacja ludzi w wodzie i ludzie przepływali jeden po drugim. Pralka! Gdzieś w oddali słyszałam już pojedyncze głosy „RATUNKU!” Nie rozglądałam się na boki, tylko płynęłam przed siebie, byle dalej, byle do przodu. Przy pomarańczowej, kwadratowej bojce zaczęło się kotłować. Sama bojka przesuwała się tak w morzu, że trudno ją było opłynąć lewym ramieniem. Fale uderzały w nią i jeszcze bardziej potęgowały niebezpieczeństwo. Jakoś udało mi się opłynąć tę bojkę, i to był półmetek. Pomyślałam wtedy ufff jest nieźle. Jeszcze drugie tyle.  Zaraz za bojką, na zawrotce w kierunku mety, fale zaczęły piętrzyć się bardziej i było ich więcej. Jedne napływały z morza, a inne odbite od falochronu wracały i uderzały w ludzi ze zdwojoną siłą. To była „cofka”. Trudno było złapać oddech, bo brakowało momentów bez fal. Były niesymetryczne i robiły z ludźmi co chciały. Oto potęga morza – pomyślałam! W pewnym momencie poczułam się jakbym była na tonącym Titanicu. Wkoło słyszałam tylko głosy ludzi: RATUNKU! POMOCY! RATUNKU! RATUNKU! POMOCY!… to echo w głowie słyszę do dziś… To mnie rozproszyło i kompletnie wybiło z rytmu. Byłam przerażona, bo nie mogłam im pomóc, a ratownicy byli gdzieś daleko. Koło mnie ktoś wołał pomocy, więc jedyne co mogłam zrobić to głośno krzyknąć do ratowników: TUTAJ! POMOCY!!! Przypłynęli! Zabrali! Ludzie wyciągali ręce do góry, prosząc o pomoc, a ratownicy nie wiedzieli kogo najpierw ratować. Spanikowałam! Nagle przypomniałam sobie, że ja przecież zostawiłam żelazko włączone i muszę szybko wracać!  😂😂😂 A tak poważnie to: fale zaczęły mnie przykrywać i podtapiać aż brakowało tchu. W pobliżu zobaczyłam białą bojkę. Chciałam do niej dopłynąć, ale coraz bardziej brakowało sił w rękach i oddechu w płucach. To już nie były żarty! Nie było to ani przyjemnie ani zabawnie. Było beznadziejnie i niebezpiecznie. Płynęłam do tej białej bojki, ale widziałam, że nie przesuwam się walce do przodu, że jeśli mi ktoś nie pomoże nie dopłynę! Zalewało mnie z każdej strony! Nagle, całe życie stanęło mi przed oczami i moje dzieci: kto je wychowa jeśli ja tu utonę?! Nie mogłam im tego zrobić! Jakiś mężczyzna podał mi rękę krzycząc: zobacz, podaję ci rękę, złap się i mocno trzymaj! Złapałam się, a on przyciągnął do białej bojki i uspokajał. ☺ DZIĘKUJĘ! Złapałam się potem sznurka przy tej bojce, ale nie czułam się tam bezpieczna. Fale napływały i nawet przy bojce podtapiały. Bojką szarpało na wszystkie strony. W pewnym momencie myślałam, że pójdę na dno, jeśli zaraz ktoś mnie stąd nie zabierze. Kiedy już się uspokoiłam i wyregulowałam oddech, zaczęłam się rozglądać. Wszędzie wkoło byli ludzie wołający pomocy! Panika się udzielała. To było straszne, bo ratowników było za mało na tylu proszących. Na dodatek byli gdzieś daleko. Spojrzałam w stronę mety i powiedziałam sobie wtedy STOP! Dalej nie płynę. Podniosłam rękę do góry i zaczęłam wołać: RATUNKU! RATUNKU! TUTAJ! Z każdej strony bojki ktoś trzymał się i prosił o pomoc. Co silniejsi, głównie mężczyźni puszczali się i płynęli dalej. Obok mnie była jedna wielka panika! Myślę, że przez to zaczęli też panikować inni. Sytuacja zrobiła się naprawdę groźna. Nagle ktoś do mnie podpłynął, to był ratownik z deską. Przy desce z 10 rozbitków, a każdy zrezygnowany i spanikowany. Widziałam w oddali jak z deski spadł ratownik, bo na desce było mało miejsca. Łódki i pontony krążyły wkoło i tylko zabierały ludzi. Kiedy po mnie przypłynęła łódka, siedziało na niej już 4 innych zawodników – same kobiety. Nagle z wody wyłowiono mężczyznę, który kiedy tylko znalazł się na łódce, rozpłakał się. Był wystraszony i emocje wzięły górę! To był znak, że zrobiłam dobrze. Na łódce poznałam Agnieszkę. Agnieszka opowiedziała mi swoją historię triathlonową: Jest mieszkanką Gdyni, a start w tym triathlonie nie jest jej pierwszym startem. Nigdy nie było takiej pogody jak dziś – powiedziała. Jest doskonałą pływaczką i nie boi się wody. Kiedyś jako mała dziewczynka topiła się i od tamtej pory postanowiła, że to już nigdy się nie przytrafi. Nauczyła pływać siebie i całą swoją rodzinę. Należy do grupy osób, które w Gdyni trenują pływanie w morzu, w falach. Niestety tym razem fala ją pokonała. Głowa się zablokowała i poddała się. Rok temu, była taka szczęśliwa – mówi, ukończyła ten triathlon w dobrym czasie a dziś taka sytuacja. Wie jednak, że podjęła słuszną decyzję, bo z żywiołem morza jeszcze nikt nie wygrał. Słuchałam jej historii z zainteresowaniem, bo byłam w takiej sytuacji pierwszy raz. Strach w mojej głowie był wielki i zaczęłam się zastanawiać dlaczego przy takich warunkach organizator nie podjął decyzji o płynięciu z bojką? Dla prestiżu imprezy? Być może ukończyli to tylko ludzie prawdziwie z żelaza. Kiedy wychodziłam z wody, podsłuchałam rozmowę stojących przy brzegu ratowników: wiało z siłą 4 w skali Beauforta, a wyłowiono juz ponad 100 osób. Później okazało się, że na1035 zawodników nie ukończyło 287 osób! Te liczby robiły wrażenie. Stałam na mecie i patrzyłam jak inni cieszą się wbiegając na metę. Widziałam jak na metę wbiega triathlonista w parze z niepełnosprawną dziewczynką. Zastanawiałam się wtedy: jak on to zrobił? Jak pokonał te fale? Oboje związani wstążką wbiegli na metę wśród dopingu setek osób. To było piękne, miałam ciarki.

Dopingowałam im i cieszyłam się razem z nimi, że dali radę. Słyszałam też słowa pierwszej kobiety na mecie – Pauliny Klimas, która zapytana przez spikera jak było w wodzie odpowiedziała: „Pierwszy raz, bałam się naprawdę o swoje życie”! To do mnie przemówiło i teraz już nie miałam żadnych wątpliwości, że podjęłam słuszną decyzję. Zawsze mam tak w życiu, że to czego się nie nauczę, „nie upiecze mi się”. Morze mnie pokonało i zatrzymało, ale cieszę się. Szłam jak burza, nie było dla mnie rzeczy niemożliwych, których bym się bała. Na tyle startów, które miałam, jeszcze nigdy nic mi się nie przytrafiło: żadna guma, awaria roweru, nogi czy brak sił. Nagle  pojawiło się morze, które zwyczajnie w świecie skopało mi tyłek. Nauczyło mnie pokory, ale dało nadzieję, bo 500 m przepłynęłam. Bez strat nie ma sukcesu! Mam nad czym pracować przez zimę i kolejne sezony. Morze zostawiam sobie na inne, lepsze czasy. To jest też powód aby moje dzieci nauczyć świetnie pływać, żebym nigdy w życiu nie musiała martwić się, że utoną. Obaj dobrze pływają, ale będą jeszcze lepiej. Nad morzem spotkałam znajomych, którzy dopingowali swoim startującym. Są to ludzie, doskonale pływający i nurkujący. Kiedy powiedziałam, że w połowie trasy podjęłam decyzję o rezygnacji usłyszałam: Bardzo słuszna decyzja! Było beznadziejnie wg naszych startujących. Trzeba wiedzieć kiedy odpuścić, a atmosfera i tak ponosiła. 🙂 Czułam, że jestem w formie przed startem. Moc w nogach na rower i bieg była jak nigdy, ale zbagatelizowałam pływanie, które się zemściło. Rzucam ten sport i biorę się za taniec albo szachy! 😂😂 Nie, nie! Nic z tych rzeczy. Żeby forma nie poszła na marne, myślę jeszcze nad jakimś  startem na koniec sezonu. Aha… i obiecuję już nigdy więcej nie zostawię żelazka włączonego 😜.

„A po nocy przychodzi dzień, a po burzy spokój…”

W niedzielę, zawodnicy startujący na dystansie 70.3 IM mieli wręcz idealne warunki:  spokojne morze i piękne słońce. Mój szef Seweryn zrobił dystans w 5:25:25 i był bardzo szczęśliwy. Zmęczony, ale zadowolony. Noga, której się obawiał  najbardziej, poniosła go bezpiecznie do samej mety. 👏

Drugi nasz kolega z grupy Tri Sandoz – Radek, zadebiutował na tym dystansie i zakończył zawody z czasem 5:03:28.  Chociaż oni obronili honoru firmy! Gratulacje chłopaki!

Nie byłabym sobą gdybym nie wspomniała o ludziach z Płocka, którzy dziś stanęli na linii startu: Łukasz Kalaszczyński zawodnik PRO i jego uczeń Maciej Żytowiecki. Dla Maćka to był debiut na tym dystansie.

Kiedy z nim rozmawiałam powiedział: cały sezon był pod ten start. Gdyby nie Łukasz, to sam nie dałbym rady się przygotować. Jestem szczęśliwy! Dziś wszystko zagrało, jak w zegarku! Morze spokojne i zero fal jak w Grabinie 😀. Czas Maćka to 5:05:19. Zapytałam Maćka także o jego odczucia na trasie, oto co powiedział:

– pływanie w takich warunkach, to była czysta przyjemność.

– trasa rowerowa do 40 km wymagająca, potem już z górki więc i średnia prędkość rosła.

– biegowo mogło być lepiej, ale mam nad czym jeszcze pracować. Przed zawodami taki wynik brałem w ciemno.

Pogody się nigdy nie przewidzi. A wczoraj dobrą decyzję podjęłaś! To ma być zabawa!!!

Maćka na trasie wspierała rodzina – najwierniejsi kibice!

Myślę, że Łukasz może być dumny ze swojego ucznia. Sam dziś prowadził zmagania na tej trasie. Wbiegł na metę 21 z czasem 4:00:54.

Był 🔥🔥🔥 na trasie, było #dawajkalach, byli wierni kibice i było kogo gonić! Jak powiedział, tak zrobił! Jan Frodeno – niemiecki triathlonista, mistrz olimpijski, okazał się bezkonkurencyjny – 3:39:35 na połówce IM robi wrażenie! Jest to również rekord trasy. 👏👏👏

Frodeno wygrał tutaj już po raz trzeci. Prowadził od samego początku i nie dał się nikomu dogonić. Wielkie brawa 👏👏👏!

Z racji mojej pracy, mam wielu znajomych, rozsianych po całej Polsce, którzy uprawiają Triathlon. Z niktórymi miałam przyjemność pracować we cześniejszych firmach. Takimi osobami są: Marcin Ptak i Paweł Bajsarowicz. To ich pierwszych podglądałam, kiedy jeszcze Triathlon był tylko marzeniem. Marcin, przysłał mi dziś takie oto swoje zdjęcie:

Czas 5:29:10 i niesamowita radość, że się dokonało rzeczy niedawno niemożliwej. 👏👏 Marcin!

Paweł Bajsarowicz to chłopak z wielką już przeszłością triathlonową i biegową. Bywał już chyba na całym świecie, żeby zrealizować swoje sportowe marzenia, był również w zeszłym roku w Gdyni. Należy do Triathlon Club Wrocław. Czas na mecie 5:01:26 to marzenie niejednego zawodnika.

Gratuluję wszystkim, którzy ukończyli zawody wczoraj i dziś! Dziękuję także za liczne głosy uznania i szacunku, które kierujecie w moją stronę po moim sobotnim starcie! Robię krok w tył, aby zrobić zaraz kilka do przodu – jak to mówi mój kolega. Dziś nawet poszłam sprawdzić na Grabinę czy jeszcze umiem pływać i jak bardzo się boję 😋. Szkoda, że nie było fal.

Monia

Enea Ironman Gdynia 2019 – Jak to było z tym żelazkiem

Monia Monia


Pasjonuję się sportem od urodzenia. Miałam niestety długą przerwę, ale przeznaczenia nie da się oszukać. Od 3 lat nałogowo biegam. Są to głównie biegi na 5 km, 10 km, 3000m, półmaratony, sprint 100m. Mam na swoim koncie koronę półmaratonow i kilka biegów górskich, ale zdecydowanie wolę krótsze dystanse i sprint. Pływam, jeżdżę na rowerze mtb a przynajmniej staram się. Spróbowałam swoich sił w triathlonie i zakochałam się. Jeżdżę na nartach, łyżwach, chodzę po górach. Wszystko oczywiście razem z dziećmi.


Post navigation


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *