Okazuje się, że sport można uprawiać wszędzie jeśli tylko się chce. Indoor Triathlon to nic innego jak kryty, halowy  triathlon. Jest to odmiana triathlonu pod dachem, kiedy temperatura na zewnątrz nie pozwala na przeprowadzenie takich zawodów. Pierwsze tego typu zawody w Europie i Azji odbyły się pod koniec 1980 roku jako imprezy pokazowe dla najlepszych profesjonalistów.  Były to zawody tylko na zaproszenie z eliminacjami i wyścigiem finałowym dla PRO triathlonistów, które nie były otwarte dla publiczności.  Na podstawie tej koncepcji, pierwsze edycje aktualnej wersji triathlonu halowego odbyły się na początku 1990 roku w Ontario w Kanadzie. To własnie tam grupa 4 przyjaciół triathlonistów stworzyła cykl halowy. Wtedy wyścig składał się z 15 minutowej części pływania na basenie, 5 minutowej przerwy, 15 minutowej jazdy na rowerze, znowu 5 minutowej przerwy i 15 minutowego biegu po hali.

Głodna sportowych zmagań, adrenaliny i rywalizacji, zapisałam się 4 dni przed startem na zawody triathlonowe „pod dachem” – Indoor Triathlon Series – Ironman Poland.  Czyli jak zwykle jeden wielki spontan. Postanowiłam, że nie zmarnuję weekendu w Warszawie, tylko zrobię coś dla siebie. Miałam w planie weekendowy pobyt w stolicy, więc jak mogłabym nie wykorzystać sytuacji?  Też tak macie, że gdziekolwiek nie jedziecie to sprawdzacie czy w pobliżu w tym terminie są jakieś zawody sportowe? 🙂

Jakby tego było mało, namówiłam też do tego przyjaciółkę Darię. Tak oto w niedzielę 28 lutego 2021, dwie samodzielne kobiety i matki dla poprawy humoru, dla sprawdzenia się, dla nowych doświadczeń i zdrowia stanęły na linii startu.

Przyznam szczerze, że nie interesowało mnie zbytnio kto startuje, czy ja się nadaję, czy jestem dobrze przygotowana, czy wypada, czy może nie. Od niedawna mam w domu bieżnię i trenażer, coś tam robię, coś tam trenuję, więc chyba dam radę pomyślałam. Oczywiście chciałam wypaść jak najlepiej, ale za późno zaczęłam trenować triathlon, żeby teraz liczyć na wielkie wygrane. Co najwyżej mogę się tym bawić, zachęcać i dawać dobry przykład a potem o tym pisać. Poza tym jest to dobre rozpoczęcie sezonu.

Zawody odbyły pod szyldem Ironman Poland w CRS Bielany. W niczym nie przypominały wielkich światowych zawodów Ironman. Raczej ciche i skromne jak przystało na zawody w pandemii. Zawodnicy mieli do pokonania 600 m pływania w basenie, 15 km na rowerze magnetycznym oraz 3 km biegu na bieżni mechanicznej. Było to dla mnie wyzwanie. Zawsze dużo trudniej jest zrobić coś takiego w warunkach sztucznych, na sprzęcie z siłowni, niż w naturalnych warunkach atmosferycznych. Wystartowało 116 zawodników w tym tylko 15 kobiet. Na liście startowej widziałam wielkie nazwiska polskiego triathlonu: Karaś, Mitruś, Sosnowski, Jonio, Kropiewnicka, Macuba. Inni zawodnicy PRO trenowali zapewne w tym czasie za granicą, bo do pierwszych wielkich zawodów w Dubaju zostało już niecałe 2 tygodnie.

Noc przed startem niestety nie należała do najłatwiejszych. Była pełnia i nie mogłam spać. W niedzielę wstałam późno, kompletnie niewyspana. Czułam, że to nie pozostanie bez wpływu na moją formę. No, ale przecież nie jadę tam żeby grać o złote gacie, tylko o zdobycie nowego doświadczenia, zabawę i sprawdzenie swoich możliwości. Późne śniadanie, późny obiad to kolejne błędy, które nie powinny mi się zdarzyć, ale się zdarzyły. Sama nie wiedziałam ile mogę zjeść przed takim startem? Czy będę głodna, czy będę miała siłę jak zjem mało? A może jednak zjeść więcej żeby mieć więcej siły? Trudna decyzja, ale nie lubię być głodna 😉 A bratowa zrobiła takie pyszne kebaby w termomixie 😉

Mój i Darii start zaplanowany został na godzinę 16:00 w ostatniej fali. Wcześniej od 8:30 startowali mężczyźni m.in. o 13:00 Jarosław Sosnowski czołowy triathlonista PTT Delta z Płocka. Dla Jarka to było przetarcie i ostatnie sprawdzenie formy przed zawodami w Dubaju, które odbyły się 12 marca 2021 r.

Przyjechałyśmy trochę wcześniej, żeby się zaznajomić z obiektem, sprzętem i popatrzeć na wcześniejszą falę. Trafiłyśmy jeszcze na końcówkę ostatniej męskiej fali. No, wyglądało to na niezłe emocje i ciągle wysokie tętno. Najważniejszym punktem było wybrać sobie rowerek magnetyczny tak, aby pasował do twojego wzrostu oraz ustawić w nim wszystko co się da pod siebie czyli wysokość siedzonka oraz odległość od kierownicy. Znalazłam taki co by się dla mnie nadawał, ale można było  je ustawiać dopiero po zejściu z nich przedostatniej fali zawodników. Tak więc do końca czekałyśmy i było dosłownie 5 minut na jego regulację. Pierwszy raz to zawsze wielka niewiadoma. Ułożyłam sobie wszystko co będę potrzebowała po wyjściu z basenu przy moim rowerku oraz ustawiłam siodełko na dobrą wysokość. Troszkę je także przesunęłam do przodu, ale jak się potem okazało za mało. Zaraz potem biegłyśmy już do basenu, bo zostało nam jedynie 10 minut na rozpływanie. Im bliżej startu tym bardziej martwił mnie ciążący na żołądku obiad. Źle się z tym czułam, ale trudno, za grzechy się płaci.

Hop do wody i START- płyniemy! Ruszyłam spokojnie z wyregulowanym oddechem. Podczas pływania zawodniczki płynęły po dwie na jednym torze. Obie z Darią płynęłyśmy razem na tym samym torze. Pasowało mi to, ponieważ wiedziałam, że nikt mnie nie podtopi, nikt nie przepłynie po mnie ;-). Jaki miałam cel podczas pływania? Chciałam przepłynąć te 600 m bez przystanku, bez problemów z oddychaniem, w jednym rytmie. I tak się stało. Co jakiś czas kebab dawał o sobie znać ;-). Było mi trochę ciężko z tym obiadem, ale wytłumaczyłam sobie to tak: a co by było gdybym zawsze była taka ciężka i chciała startować? To co?!  Nie mogę?! Jasne, że mogę! 🙂 Z pływania byłam bardzo zadowolona. Poszło całkiem sprawnie. Nie byłam faworytką i nie miałam wielkiego ciśnienia. Każdy czas mnie zadowalał. Faworytkami od kiedy zobaczyłam listę startową były oczywiście Agnieszka Kropiewnicka i Katarzyna Jonio, które płynęły na sąsiednim torze. Po 15 minutach wyszłam z wody i wskoczyłam na rower. Chwyciłam tylko izotonik, włożyłam buty biegowe i zaczęłam kręcić.

Rowerki magnetyczne na których przyszło nam jechać okazało się, że są bez obciążenia. Trzeba było kręcić bardzo szybko żeby kilometry uciekały i co najważniejsze nie wolno było się zatrzymać. Inaczej licznik zerował się i musiałaś zaczynać od nowa. Jak tylko to usłyszałam to się zestresowałam. Zaczęłam panikować czy ja jestem w stanie kręcić non stop?! Już było za późno na cokolwiek więc pozostawało mi tylko kręcić. O dziwo przyznam, że bardzo dobrze mi się jechało: bez żadnych kryzysów, bez komplikacji, przystanków i przygód. Jedyne co, to siodełko miałam za daleko odsunięte od kierownicy i podczas kręcenia nie mogłam się oprzeć o lemondkę. O tym zapomniałam kiedy regulowałam sobie siodełko przed startem. Kręgosłup w pewnym momencie potrzebował odciążenia i myślę, że gdybym mogła przyjąć tę pozycję dużo szybciej bym kręciła. Na rowerku obok siedziałą Daria i miała niezły ubaw :-). Dobrze jej szło, śmiała się, kręciła, rozmawiała z sędziami. Generalnie była w gazie :-). Nawet skończyła szybciej niż ja.

Kiedy Daria biegła już na bieżni, jak kończyłam swoje 15 km na rowerze. Umiejętne wypięcie się z pedałów, uwolnienie  butów z nosków i szybko na bieżnię. Tam to dopiero zaczęła się  walka. Przypomniał mi się nagle mój obiad i pyszny kebab ;-). Nie było szansy na przyspieszenie powyżej 11,5 km/, bo bym się chyba „zhaftowała” :-D. Szkoda, że licznik nie pokazywał tempa, bo sama prędkość niewiele mi mówiła.

Zwykle kiedy biegam, to w jakimś określonym tempie. Znam swoje możliwości i wiem ile pobiec żeby zrobić zadowalający mnie czas. No ale dobrze, nie czepiajmy się i nie bądźmy drobiazgowi. To miała być dobra zabawa i tak było, a sprzęt też nie był jakiś z górnej półki. Przyznam, że na bieżni miałam już mega kryzys. Odczuwałam skutki nieprzespanej nocy i późnego obiadu.  Brzuch bolał a obiad ciążył, ale biegłam swoje. Czułam się jakbym biegła z kontuzją :-).  Zmiana prędkości wymaga regulacji, a co za tym idzie utraty pewnej energii, która osłabia Cię. Najlepiej było po prostu ustawić sobie żądaną prędkość i biec nią już do samego końca. Przyspieszyłam do 12,5 km/h dopiero na ostatnich 400 m. Chciałam szybciej, ale to nie takie łatwe biec i jednocześnie regulować.

Kiedy ja przeżywałam kryzys i katusze na bieżni, Daria świetnie się bawiła i miała zapas energii. Pomimo, że podczas pływania cyknęłam ją o jeden basen to potrafiła mnie wyprzedzić na rowerze i wbiegła na metę przede mną.

W Warszawie był dość wysoki poziom jeśli chodzi o startujących zawodników. Porównując do Gdyni to dużo wyższy. Wśród kobiet trzeba było konkurować z czasem 00:40:00 minut Agnieszki Kropiewnickiej podczas gdy w Gdyni najlepsza kobieta miała czas 49 minut. Jeśli chodzi o mężczyzn to w Warszawie bezkonkurencyjny był Sebastian Karaś z czasem 00:33:52, podczas gdy w Gdyni najlepszy mężczyzna Sosnowski Łukasz miał czas 00:44:31. Jest to zdecydowana różnica poziomów.

Świetną formę pokazał nasz kolega z Płocka Jarosław Sosnowski. Jarek parę dni temu wystartował w Dubaju na dystansie 1/2 IM, a ten start był małym sprawdzianem jego możliwości i dobrym treningiem. Jarek był 12 open z czasem 00:37:24.

Podsumowując był to fajnie spędzony czas, pełen śmiechu, ruchu i zabawy. Polecam każdemu spróbować swoich sił w tego typu zawodach. Większość zawodniczek była dużo młodsza ode mnie. Jak się potem okazało byłam jedną z dwóch najstarszych startujących kobiet. Nie myślcie sobie, że to są zawody dla najlepszych, najmłodszych  lub długo trenujących. Uważam, że swoich sił może tu spróbować każdy: młody i starszy, chudy i grubszy, pro i amator. Sport przecież daje najwięcej radości, zadowolenia i uśmiechu kiedy uprawiamy go bez parcia na wynik!

I pamiętajcie o jednym: Nigdy nie jedzcie kebabów 3 godziny przed startem!!! 😉

 

Monia

Indoor Triathlon i kebab, którego nie zapomnę do końca życia

Monia


Pasjonuję się sportem od urodzenia. Miałam niestety długą przerwę, ale przeznaczenia nie da się oszukać. Od 3 lat nałogowo biegam. Są to głównie biegi na 5 km, 10 km, 3000m, półmaratony, sprint 100m. Mam na swoim koncie koronę półmaratonow i kilka biegów górskich, ale zdecydowanie wolę krótsze dystanse i sprint. Pływam, jeżdżę na rowerze mtb a przynajmniej staram się. Spróbowałam swoich sił w triathlonie i zakochałam się. Jeżdżę na nartach, łyżwach, chodzę po górach. Wszystko oczywiście razem z dziećmi.


Post navigation


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *