Tegoroczny start w biegu „Tropem Wilczym” był nieplanowany. Raczej względy sentymentalne i chęć spotkania się z bracią biegową spowodowały, że zapisałam się w ostatniej chwili. Tego dnia miałam akurat w planie wybieganie, więc start potraktowałam jako dobry trening. W sobotę zamiast się wyspać, zrobiłam pierwsze od bardzo dawna, kilkunasto kilometrowe wybieganie. Do tego doszedł jeszcze wieczorny trening ze Swim Masters. Nie czułam się na siłach ścigać, a raczej sprawdzić jaka w obecnej chwili jest moja forma na 5 km – 80 dni przed Garmin Iron Triathlon. Do niedawna trenowałam do 400 m, dopiero od tygodnia jestem w planie treningowy na dłuższe dystanse. Byłam wyluzowana jak nigdy. Człowiek jednak jak biega pod presją wyniku to spina się i stresuje. Cieszę się, że byłam tego dnia w Radotkach, ponieważ przeżyłam cudowne chwile  i przeprowadziłam wspaniałą rozmowę z ikoną płockiego biegania – panem Zbigniewem Jeziórskim z Kamionek. To właśnie Pan Zbigniew zainspirował mnie do treści tego artykułu.

W tym roku do wyboru były dwa dystanse: 5 i 10 km a także marsz NW. Dobra robota, bo w końcu Nordic Walking zostało docenione.


Na 5 km wystartowało 199 zawodników, na 10 km – 136, w NW – 22 zawodników. Trasa jak zwykle w Radotkach: leśna, przełajowa i pachnąca naturą. Pogoda dopisała jak nigdy w marcu – 11 stopni, ciepłe wiosenne słońce choć dość mocny wiatr. Współczułam tym wszystkim zawodnikom w mundurach i ciężkich butach.

Bez zimnej kalkulacji stanęłam na starcie biegu, uśmiechnięta i kompletnie wyluzowana. Mnóstwo znajomych dookoła wpłynęło na moje dobre samopoczucie. Najbardziej cieszyła jednak bliskość partnera.  W zeszłym roku, wyprzedził mnie tuż przed metą. W tym, rachunki miały zostać wyrównane 😉.  Czas start! Ruszyliśmy!

Kiedy nastawiasz się na mocne ściganie, zawsze ustawiaj się z przodu. To jest najlepszy patent. Tym razem było mi wszystko jedno gdzie stoję, bo ważniejsze było to, że obok stoi mój partner, moje wsparcie. Kurczę… chyba się zakochałam… 🤔 Tłumy ruszyły i na początku mnie przy korkowało. Po wbiegnięciu do lasu, trasa zwęziła się tak, że nie dało rady biec obok siebie, tylko gęsiego. Było skrobanie marchewek, dotykanie pleców biegnących kolegów i zwalnianie na zakrętach. Zdecydowanie trudniej biega się, kiedy teren nie jest idealnie płaski a pagórkowaty, piaszczysty i z zakrętami.

Nie rozglądałam się na boki, tylko biegłam przed siebie. Przede mną biegło bardzo dużo zawodników. Nie zastanawiałam się nad tym czy jestem bardziej  z przodu, czy bardziej z tylu, a może gdzieś w środku. Przede mną cały czas biegła ta sama dziewczyna. Była w zasięgu mojego wzroku, ale nie przyszło mi do głowy ją wyprzedzać. Przynajmniej nie był to mój cel. Spoglądałam od czasu do czasu na zegarek, sprawdzając tempo biegu. Wszystko przebiegało zgodnie z założonym planem i utrzymywałam tempo w okolicy 5:00-5:15. 4 kilometr dał się ostro we znaki z powodu wielu górek. Pomimo, że trasa była znajoma i nie zaskoczyła mnie, to jednak trochę zmęczyła. Jako biegacz szosowy, trudno radzę sobie z podbiegami i zbiegami. Kolana są bardziej narażone na wysiłek i pracę. Wbiegłam na metę tuż przed 25 minutami, a od 8 minut na mecie był już pierwszy zawodnik. Ostatni dopiero miał przybiec…

Ostatni, ale wcale nie taki ostatni!

Razem z Panem Zbigniewem na metę wbiegła Anastazja Nowalińska, która startowała w rywalizacji NW. Wspaniałomyślna dziewczyna, która zrezygnowała z wygranej, by pomóc osobie potrzebującej.

Kiedy przyszłam na żurek, ostatni zawodnik siedział i jadł. Dosiadłam się. Pan Zbigniew Jeziórski to rocznik 43. Chciałabym w tym wieku jeszcze móc robić cokolwiek, nie wspominając o bieganiu. 😀

-kiedyś to się biegało na czas, ale teraz już na ukończenie. Ja zawsze powtarzam, że nie ma pierwszego zawodnika bez ostatniego…

– a od kiedy Pan biega?

– ooo… nie pamiętam, ale od zawsze. Od wczesnych lat młodzieńczych bieganie było w moim życiu. Mam na koncie 30 przebiegniętych maratonów. Kiedyś to się dużo jeździło po Polsce na zawody. Teraz już tylko w obrębie Płocka i okolic. Wszędzie dojeżdżam rowerem i jest to jakieś ograniczenie. Tutaj do Radotek mam bardzo blisko, więc nie mogło mnie zabraknąć. Kiedyś jak byłem młody to wszyscy w wiosce dziwnie patrzyli na mnie. Pamiętam czasy, kiedy na wsi koledzy pytali: po co ci to? Byś poleżał, odpoczął. Większość ich już nie żyje… woleli leżeć, odpoczywać, pić alkohol. Pamietam jak wygrywał i zdobywał medale Zdzisław Krzyszkowiak „Krzyś”.
Dorobek kontuzji, których doznawał w najdramatyczniejszych okolicznościach, jest długi. Trzykrotnie skręcił obydwie nogi w kostce, zimą 1953 roku stłukł boleśnie kolana, potem miał poważne dolegliwości prawej pachwiny. To wszystko w dwa sezony. W 1956 roku Krzyszkowiak zajął czwarte miejsce w biegu na 10 km podczas igrzysk olimpijskich w Melbourne. Ambitny, lecz niepewny swych sił Polak pobiegł bardzo ostrożnie. Mimo to wynikiem 29.00,9 s ustanowił nowy rekord Polski, ale na tej samej imprezie podczas biegu eliminacyjnego na 3 km z przeszkodami potrącony przez Amerykanina Jonesa przewrócił się na ostatniej przeszkodzie. Mimo iż zdobył miejsce premiowane awansem, w finale nie wystartował. Dzień wcześniej został bowiem zaatakowany przez psa w wiosce olimpijskiej. Ugryzienie w łydkę było głębokie, wdało się zakażenie i wystąpiła gorączka.

Tak mówił o bieganiu: – Odkryłem w sobie niespodziewanie jakąś pasję. Kiedy zacząłem biec, miałem uczucie, jakby mi sił nie ubywało, lecz przybywało. Pochylone plecy się wyprostowały.

Dla sportu poświęcił swoje pierwsze małżeństwo. Żona postawiła warunek: sport albo ja. Wybrał sport i dwa lata później, w 1960 roku w Rzymie, został mistrzem olimpijskim w biegu na 3000 m z przeszkodami. Kilka miesięcy przed tym triumfem, wiosną 1960 roku, Krzyszkowiak poprawił podczas zawodów w Tule rekord świata na 3 km z przeszkodami, uzyskując znakomity czas – 8.31,4 s. 28 lat po sukcesie Janusza Kusocińskiego z Los Angeles polski lekkoatleta stanął na najwyższym stopniu podium.

– Dostałem w nagrodę telewizor. Ale była też sława. Gdy przyjechałem do Bydgoszczy, to z dworca do domu ludzie nieśli mnie na rękach. – wspominał wspaniały lekkoatleta.

Latem 1961 roku Krzyszkowiak po raz drugi pobił rekord świata w biegu na 3 km z przeszkodami. Na stadionie w Wałczu uzyskał w samotnym biegu 8.30,4 s.

Mistrz olimpijski z Rzymu nie miał łatwego dzieciństwa. Był najsłabszy z trójki rodzeństwa. Jako trzylatek zachorował na tyfus. Przeżył, ale na nowo musiał nauczyć się chodzić i mówić. W trzeciej klasie szkoły elektronicznej w Ostródzie nauczyciel postraszył dwóją tych, którzy wymigają się od biegów na 2 km. Koledzy się naśmiewali: „Taki chudy, zaraz się złamie”. Gdy wygrał, ktoś powiedział: „Byłeś bomba”.

Nie opuszczał go pech. Bohdan Tomaszewski napisał o nim książkę. Zatytułował ją „Kariera z kolcami”. Największe nieszczęście spotkało go podczas igrzysk w Melbourne, w 1956 roku. Ale już dwa lata później, w 1958 r. w Sztokholmie, został podwójnym mistrzem Europy w biegu na 5 i 10 km. – To mój największy sukces – twierdzi Krzyszkowiak. W biegu na 10 km zdeklasował rywali, osiągając na ostatnim kilometrze czas 2.39,0 s! – Na drugi dzień po biegu byłem tak połamany, że trudno mi było chodzić – wspomina Krzyszkowiak. – Ogarnęło mnie przerażenie. Przede mną jeszcze eliminacje na 5 km i pewnie finał. Czy dam radę? Noga mi trochę dokuczała, ale niektórzy koledzy śmiali się i mówili: – Ty, Krzysiu, kulejesz już z przyzwyczajenia. Krzyszkowiak wygrał ten bieg. Od przełożonych w wojsku dostał za te medale skodę. – Po remoncie, z zepsutymi kołami. Ale wtedy samochód był luksusem.

Pierwszy na mecie Tropu Wilczego był w tym roku Dominik Milewski z grupy Gąbin Biega. O żadnym pechu nie można tu mówić. 😉 Dominik biega od 2012 roku i nie była to jego pierwsza wygrana. Wygrał już 3 biegi: Cztero etapowy bieg pamięci Dzieci zamojszczyzny 100km, Garmin ultra race Gdańsk 86km, Ultra Pazur 50 km.

– jak dużo biegasz?

– Biegam praktycznie codziennie. Staram się robić jeden dzień odpoczynku raz na 2-3 tygodnie

–  trenujesz sam czy masz trenera?

– Na obecna chwilę trenuje się sam, ale całą pasję do biegania wpoił mi mój dawny Trener z Piłki nożnej Krzysztof Kamiński, z którym mam super kontakt do dziś i zawsze będzie dla mnie trenerem.

– jak podobała Ci się trasa biegu Tropem Wilczym?

– Bardzo mi się podobała. Uwielbiam biegi terenowe a szczególnie 50 +. 90% moich treningów odbywają się w lesie.
– Jak Ci się biegło z Markiem Zychem? Co czułeś?
– Nie wiedziałem jak pójdzie ten bieg, tylko wiedziałem że muszę zrobić swoje. Do 1 km biegłem w grupie, ale potem razem z Markiem zostawiliśmy ich. Cały czas biegłem pierwszy, a on tuż za mną.  To była fajna walka. Na 3 kilometrze biegł prawie równo ze mną, ale potem zaczęły się kopce i go trochę zostawiłem. To wystarczyło, chociaż wiem, że gonił i dużo mu nie zabrakło.
Ten typowy leśny teren był dla mnie niesamowity, jestem po prostu zakochany w lesie.

Rywalizacja pierwszego i drugiego zawodnika była ramię w ramię i łączy się pięknie w całość, dlatego postanowiłam zapytać Marka Zycha o jego odczucia z biegu. Oto co powiedział:

„Wróciłem zeszłej wiosny do regularnego biegania po 7 miesiącach przerwy spowodowanej zmianą pracy.  Wilczy Trop nie był celem samym w sobie. To element przygotowań do Rykowiska na koniec maja, a że specyfika obu biegów podobna, to idealnie taki bieg wpisał się w trening. Oczywiście jeśli zawody, to nie ma odpuszczania, niezależnie od dyspozycji. 3 sekundy różnicy na mecie o tym świadczą 😉. 3 tygodnie wcześniej startowałem w Trzemesznie na 15 km (czas 55:28) i był dla mnie pozytywnym zaskoczeniem, więc czułem, że i tu będzie dobrze. Ja do tego wszystkiego spokojnie podchodzę – to tylko i aż bieganie. Mam swoje biegowe priorytety i mam nadzieję, że tam będzie optymalna dyspozycja. Najważniejsze jest to, żeby czerpać z tego radość, Ty chyba wiesz to najlepiej.”

 


To prawda, wiem. Teraz wiem także coś, co być może każdy wie, ale nie do końca jest świadomy tego: Nie ma pierwszego zawodnika, bez ostatniego!

Żołnierze Wyklęci jakby nie patrzeć byli partyzantami. Dlatego na zakończenie piękna włoska piosenka, przetłumaczona na język polski i pięknie zaśpiewana przez Michała Bajora – Bella Ciao.

 

Monia

 

P.s. Zdjęcia dzięki uprzejmości Portal Płock.

Nie ma pierwszego zawodnika bez ostatniego – Tropem Wilczym 2020

Monia Monia


Pasjonuję się sportem od urodzenia. Miałam niestety długą przerwę, ale przeznaczenia nie da się oszukać. Od 3 lat nałogowo biegam. Są to głównie biegi na 5 km, 10 km, 3000m, półmaratony, sprint 100m. Mam na swoim koncie koronę półmaratonow i kilka biegów górskich, ale zdecydowanie wolę krótsze dystanse i sprint. Pływam, jeżdżę na rowerze mtb a przynajmniej staram się. Spróbowałam swoich sił w triathlonie i zakochałam się. Jeżdżę na nartach, łyżwach, chodzę po górach. Wszystko oczywiście razem z dziećmi.


Post navigation


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *