O tym starcie śniłam  cały rok. Od kiedy wystartowałam tam pierwszy raz w zeszłym roku wiedziałam, że tu wrócę. To miejsce i atmosfera tam panująca są magiczne.  Nie poddawałam sie w moich dążeniach i starałam się trenować solidnie. Od października 2019 r 3x w tyg chodziłam na basen i trenowałam mój najsłabszy punkt – pływanie. Byłam naprawdę na dobrej drodze do poprawy techniki. Mariusz Winogrodzki mój trener pływania robił co mógł, abym pływała lepiej i szybciej. Oczywiście jeszcze wiele lat treningów przede mną, zanim nadrobię zaległości, ale nie poddaję się. Potem nastał ten dziwny rok i wszystko stanęło pod wielkim znakiem zapytania. Pandemia – COVID-19. W marcu, bezsensowną decyzją Ministra Zdrowia zamknieto nas, grzebiąc tym samym polską gospodarkę. Pytam się tylko po co? Dlaczego? Przy tak małej liczbie zachorowań jaką mieliśmy nie miało to najmniejszego sensu. „Pokazówka” na potrzeby świata zakończyła się wielką zapaścią gospodarczą. A można było przecież tak jak Szwedzi, podjąć tylko swoją, odmienna decyzję. Dziś bylibyśmy uodpornieni i silniejsi.

Od marca przez 3 miesiace nie miałam możliwości nie tylko pływania, ale ogólnie trenowania. Przyznam, że odbiło się to bardzo niekorzystnie na mojej psychice. Powróciły dawne bóle migrenowe, które potrafiły trwać 2-3 dni. Brak ruchu na świeżym powietrzu, do tego ta cała niezdrowa atmosfera dookoła i praca w domu na kilku etatach nie pomagały. Kiedy po 3 miesiącach wróciłam do treningów, musiałam zaczynać wszystko od nowa. Pływanie kompletnie leżało, a strach przed wodami otwartymi wcale nie zmniejszył się. Jeździć na rowerze można było tylko samemu, a dopiero potem w parach. Nie mogłam więc jeździć tak jak rok temu z grupą szybkich kolarzy z PKK . Nastąpił kolejny progres bo na rowerze, nad którym tak dużo i cięzko pracowałam w poprzednim sezonie. Biegać też nam zakazano, chociaż nie ukrywam, że wymykałam się z domu i biegałam w odosobnieniu. Treningi, które rozpisywał mi Sebastian Dymek mogłam wykonywać wszędzie, nawet pod blokiem.

Kiedy więc w czerwcu wypuszczono nas byłam kompletnie bez formy. Baseny były nadal zamkniete więc pozostawały treningi w jeszcze zimnych wodach otwartych. Nawet nie mogę tego nazwać treningami. Po prostu pływałam sobie pomału kiedy miałam czas. Przez okres wakacyjny nie dało się tego nadrobić. Podtrzymywałam tylko bardzo niską formę. Po drodze wystartowałam w Szczytnie i Ślesinie i wszędzie miałam jakies niedociągnięcia i problemy. Głownie figle płatała głowa, która bała sie pływać. Po fatalnym pływaniu w Szczytnie, gdzie cały dystans sprinterski pokonałam żabką powiedziałam sobie, że jeśli w Ślesinie nie wezmę sie w garść kończę te przygodę z triathlonem. Chyba to jednak nie była moja pora na koniec kariery triathlonistki 😉 bo nagle w Ślesinie głowa zaczęła pracować. Nie wiem co się stało, ale chyba podświadomie nie chciałam kończyć z tym sportem i się zawzięłam. Dotarły też w końcu do mnie słowa, że pianka daje wypornosć. 😀  Po wskoczeniu do wody, od razu wypycha nas do góry, na powierzchnię. Oczywiście zawsze to wiedziałam, ale chyba potrzebowałam to usłyszeć od kogoś mądrego. Podreperowana psychicznie po udanym starcie w Ślesinie, opłaciłam Malbork.

Mój sen o Castle Malbork Triathlon spełnił sie 5 września 2020 r. Nie był to jednak mój wyśniony, wymarzony sen. Już samo to, że starty odbywają się w sobotę a nie w niedzielę jest dla mnie matki problematyczne. Zmiany organizacyjne były raczej na niekorzyść. Przepisy, które pozwalały na organizacje imprezy do określonej liczby zawodników komplikowały wszystko. W Malborku to miał być mój docelowy start sezonu na dystansie 1/4 IM. Z racji dużej liczby zapisanych zawodników podzielono nas na dwie fale. Natomiast strefa zmian była juz dla wszystkich o jednej konkretnie ustalonej godzinie 6:40-7:20. Ponieważ nie mogłam przyjechać dzień wcześniej, zmuszona byłam wstać o 3 w nocy aby zdążyć dojechać do Malborka, przygotować sobie sprzęt w strefie zmian i czekać 5 godzin na swój start 😀 . Paranoja, ale nie miałam wyjścia. Taki jest sport amatora. Tak właśnie wygląda codzienna walka z rzeczywistością aby móc pogodzić dom, dzieci, pracę i pasję.

Czułam, że jestem zmęczona i niewyspana. Wprawdzie zdżemnęłam sie w samochodzie 45 min w oczekiwaniu na mój start, ale nie można tego nazwać snem regenerującym. Pocieszające było tylko to, że spotkam tutaj swoich znajomych. Z Płocka pojechało nas aż 9 osób: 3 osoby startowały na 1/8 IM, 4 os na 1/4 IM i po 1 na połówce i całym IM . Była też przyjaciółka z Warszawy -Daria, która w tym sezonie rozpoczęła swoją przygodę z triathlonem dzięki determinacji i uporowi. Jest moim małym, cichym sukcesem bo zapragnęła to zrobić czytając mojego bloga. Cieszę się , że mogę byc wsparciem i inspiracją dla innych kobiet. Po to własnie jest ten blog, aby dawać odwage i wiarę innym kobietom i zachęcać do działania.

Tak więc o 6:30 stawiłam sie w strefie zmian z całym moim ekwipunkiem potrzebnym do zrobienia dystansu 1/4IM. Tak przynajmniej mi się wydawało. No i wtedy okazało się, że zapomniałam jednak czegoś – paska do nr starowego.  😥 A mam ich aż trzy sztuki, tylko zapomniałam je przepakować z innego plecaka po powrocie z rowerów ze Szwecji. A pamiętam kiedy sobie obiecywałam: tylko nie zapomnij przepakować plecaka po powrocie, bo tam masz niezbędne rzeczy na zawody! I co!? i zapomniałam! Ech… zawsze coś. No, ale przeciez brak paska na nr startowy nie może mi pokrzyżować planów startowych, są gorsze rzeczy. Zaczęłam sie rozglądać… kto by mi tu mógł pomóc? Jest! Idzie Agnieszka Burżacka-Tyc, może ona ma? No i miała 🙂 zawsze ma jakieś zapasowe. Jestem uratowana! Inaczej musiałabym chyba uciekać sie do takich pomysłów ekstremalnych jak Daria, która jeszcze nie ma żadnych triathlonowych akcesorów i aby mieć na czym zawiesić nr startowy, wycięła chłopu z biokserek gumę!!!  😛  Szalona! Potrzeba matką wynalazków! Kocham Cię Daria za te pomysły, werwę i energię!

O 7:45 wystartował dystans 1/8 IM a w nim: Daria, Waldek Gieres, Stasiek Dymek.

Poza zimną wodą i małą mgłą mieli całkiem niezłą pogodę. Aż im zazdrościłam, bo to mój ulubiony dystans. Poza Darią obaj panowie są zaprawieni w bojach tyriathlonowych i walczyli o wysokie lokaty na podium.

Prawdziwi triathloniści mają na rower specjalne buty triathlonowe tak jak Waldek, a nie kolarskie jak ja. Umieją wskoczyć na rower, znajdując sie od razu w tych butach  😀 Nigdy tak nie będę umiała i nawet nie próbuję się uczyć. To pozwala zaoszczędzic dużo czasu w strefie zmian.  Ostatecznie Waldek był pierwszy  a Stasiek drugi w swojej kategorii.

Drugi swój start w życiu zaliczyła Daria Zawadzka, która  pochodzi z Płocka ale teraz mieszka w Warszawie więc jest ziomalką.

Darie poznałam w zeszłym roku, kiedy to nasza wspólna koleżanka nas sobie przedstawiła. Daria czytając mojego bloga zapragnęła zrobić triathlon, a że miała mnóstwo pytań więc umówiłyśmy się na spotkanie. I tak zaczęła się ta przyjaźń. Podczas przygotowań do swojego pierwszego triathlonu Daria zerwała ścięgno Achillesa. Myślała, że czeka ją operacja, a marzenia o triathlonie poległy. Na szczeście trafiła w ręce dobrego fizjoterapeuty, który jej pomógł i dziewczyna szybko stanęła na nogi. Tak szybko, że pod koniec wakacji zrobniła 1/8 IM w Nieporęcie (1:36) a zaraz potem Malbork (1:38). Jej przygotowania polegały głównie na rehabilitacji zerwanego ścięgna: basen i jazda na rowerku stacjonarnym. Daria tak naprawdę to całe życie siedzi w sporcie tylko innym: tenis, koszykówka. A dlaczego by nie spróbować triathlonu? – pomyślała. 🙂 Jak pomyślała tak zrobiła. I nie potrzebowała do tego super sprzętu.

Kupiła tylko rower szosowy i pankę. I nie za miliony. Nie ma butów wpinanych, stroju triathlonowego czy paska na nr biegowy 😉 i wcale jej to nie przeszkadza. A Tobie czego brakuje żeby sie ruszyć?

O 9:15 ruszyła pierwsza fala dystansu 1/4IM a w niej nasz kolega z Płocka Maciej Żytowiecki. Po mgle nie było już śladu, wiał tylko wiatr i nawet wyszło słońce.

Zazdrościłam mu takiej pogody i chciałam aby utrzymała się już tak do końca dnia. Maciek tak jak ja startował tutaj rok temu i wrócił tu aby ponownie się sprawdzić na tej trasie przy wspaniałej atmosferze. Był zadowolony ze startu, ponieważ utrzymał dobrą formę i czas sprzed roku.

Dobra pogoda utrzymywała się praktycznie do godziny 11:45. Doskonale to pamiętam, bo pół godz przed startem założyłam piankę i weszłam do wody żeby się rozgrzać.

Wtedy jeszcze nie padało, za to mocno wiało i robiło sie coraz ciemniej. Chmury deszczowe wisiały nad nami. Start naszej, drugiej fali przewidziany był na 12:15. Około godz 12 rozpadało się. Nie był to mały deszcz czy mżawka, tylko wielka ulewa, że świata nie było wdać.

Zrobiło się zimno i bardzo nieprzyjemnie. Deszcz czy woda w rzece co za różnica, niemniej warunki zdecydowanie się pogorszyły. Lał taki deszcz, że spadające do rzeki krople rozbryzgiwały się robiąc fale i wpadały do ust. Zdecydowanie utrudniało to płynięcie. Ja po udanym pływaniu w Ślesinie i kilku treningach w Zaździerzu z Deltą czułam się bardziej spokojna i pewna siebie. Ten deszcz jednak rozwalił mnie kompletnie. Na sygnał gwizdka wbiegłam do wody i zaczęłam płynąć dość sprawnie, bo z tyłu wbiegali juz kolejni do wody. Musiałam sie sprężyć, żeby na mnie nie napłynęłi. Deszcz lał coraz większy i podwójnie nic nie było widać: po pierwsze okulary parowały, po drugie ulewa. Musiałam się bardzo zdenerwować w tej wodzie bo w połowie dystansu poczułam, że dopada mnie migrena. To było najgorsze co mogło mi się przytrafić! I akurat teraz w wodzie! Nie wiem czy wiecie czym objawia sie ból migrenowy lub napięciowy, ale wielu osobom w tym mnie towarzyszy wtedy dzwiękowstręt, światłowstręt i nudności. Poczułam, że każdy ruch gałką oczną sprawia mi taki ból, że zaraz zwymiotuję. Płynęłam, ale skroń pulskowała a nudności były coraz większe. Nie bałam się, bo obok mnie cały czas płynął ratownik w kajaku. Było ich tego dnia sporo z racji warunków pogodowych. Nawet raz musiałam się zatrzymać w wodzie, ponieważ łódź przecięła mi drogę płynąc do zachłyśniętego zawodnika. Z bólu kompletnie nie pamiętam jak, ale przepłynęłam te 950 m i wyszłam z wody po 26 minutach.  😀 Nawet nie byłam ostatnia. Dziś wiem, że gdyby po pływaniu zaraz było bieganie to nie ukończyłabym tych zawodów. Dlatego ten rower poszedł mi tak fatalnie. Wiedziałam, że jeśli chcę ukończyć zawody i dotrwać do etapu biegowego muszę wyciszyć ból głowy. Nie miałam przy sobie nic, żadnej farmakologii. Zresztą w takich napadach migrenowych pomagaja już tylko zastrzyki albo forma donosowa sumatryptanu. Kiedy więc wsiadłam na rower miałam oddech niespokojny, serce waliło jak młot co jeszcze nasilało ból głowy, który czułam w prawej skroni. Było mi niedobrze, ale nie miałam czym wymiotować. Wyjechałam za miasto, napiłam się izotoniku i próbowałam uspokoić. Czyli jazda na rowerze bez szaleństw.  😐 Warunki na szosie nie sprzyjały szaleństwu: nadal padał deszcz, było ślisko, na szosie leżało dużo mokrych liści a na powrocie wiał silny wiatr. Kręciłam i kręciłam, ale nie byłam w stanie utrzymywać stałego tempa 30 km/h jak w zeszłym roku. Poza tym kiedy przyspieszałam, tętno znowu podskakiwało i głowa bolała bardziej. Co jakiś czas po nawrotce mijałam koleżankę Agnieszkę Burżacką-Tyc, która mnie mocno dopingowała i dodawała otuchy. 45 km przejechałam w półtorej godziny, a ból głowy na tyle się wyciszył, że mogłam biec. Nawet nie wiem kiedy przestało padać. Etap biegowy odbył sie po namoknietej nawierzchni, błocie, bruku i śliskich kocich łbach. Muszę przyznać, że bieg to już była czysta przyjemnośc. Biegło mi się dobrze i lekko i najważniejsze, że bez bólu głowy. Oczywiście nie biegłam szalonym tempem, tylko zachowawczo 5;30 min/km. W tej sytuacji nie miało to już znaczenia. Wiedziałam, że sen o złamaniu 3 godzin w tym roku jest niemożliwy.

Kiedy wbiegłam na metę czekała na mnie na niej od 12 minut Agnieszka Burżacka-Tyc. Świetnie jej poszło i nawet zrobiła życiówkę 2:55:31 co dało jej 3 miejsce w kategorii wiekowej. Całe 12 minut, które do niej straciłam to 6 minut na pływaniu i 6 minut na rowerze. Jest dla mnie niedoścignionym wzorem, godnym naśladowania.

Darek Tymiński, który dystans 1/4 IM pokonał w czasie 2:31:22 odpoczywał sobie juz na mecie od 35 minut. Kiedy ja wbiegałam na drugie kółko, on juz był w strefie komfortu i mocno dopingował. Dziękuję!

Na drugi dzień startowali długodystansowcy: Jarek Sosnowski na dystansie całego IM i Adam Kaźmierczyk na 1/2 IM. O ile Jarkowi poszło znakomicie, bo 1,5 minuty zabrakło do złamania 10 godzin, to Adam może powiedzieć o prześladującym go pechu. Cały rok chłopak trenował i przygotowywał się do startu na dystansie 1/2 IM i co? Awaria roweru. Jeszcze żeby to raz! Dwa tyg temu pojechał do Borówna, gdzie robił ten sam dystans i nie ukończył bo oderwała się blaszka od roweru, która uniemożliwiła mu kontynuowanie trasy. Teraz na pakiet zrzucili mu się koledzy, żeby chłopak mógł jednak wystartować i znowu awaria i to na jednej trasie podwójna. Najpierw podczas trasy rowerowej odpadła mu szprycha od koła. Na trasie stało dużo mieszkańców, którzy kibicowali. Dobrzy ludzie pomogli mu i pożyczyli koło aby mógł ukończyć. I co? Adam pojechał dalej i złapał gumę. 😯 . Podwójny pech! To znak, że trzeba się zatrzymać, odpuscić bo nic na siłę. Rozmawiałam z Adamem i wszystko wskazuje na to, że teraz musi się zająć inną sferą życia.  😉

Nie mogłam przełknąc tego, że miałam gorszy czas niż w zeszłym roku. Kiedy więc spotkałam się z chłopakami po moim starcie i powiedziałam, że nie udało mi się złamać trzech godzin Adam pwiedział na pocieszenie: Monia! przecież ty przed chwilą byłas w Szwecji na rowerach, dziś robisz triathlon a już po południu bedziesz u rodzinki na Śląsku. Inne leżą i malują paznokcie, a Ty tu IM robisz! ”  🙂  No i mnie zgasił. 🙂

„To jest mój sen, ten sen zawstydza mnie. Zachłanna i zła wciąż więcej chcę. Nie ma nic, nie ma mnie niby cudownie ale wcale nie jest dobrze w moim śnie”…

 

Sen o Malborku – Castle Malbork Triathlon 2020

Monia Monia


Pasjonuję się sportem od urodzenia. Miałam niestety długą przerwę, ale przeznaczenia nie da się oszukać. Od 3 lat nałogowo biegam. Są to głównie biegi na 5 km, 10 km, 3000m, półmaratony, sprint 100m. Mam na swoim koncie koronę półmaratonow i kilka biegów górskich, ale zdecydowanie wolę krótsze dystanse i sprint. Pływam, jeżdżę na rowerze mtb a przynajmniej staram się. Spróbowałam swoich sił w triathlonie i zakochałam się. Jeżdżę na nartach, łyżwach, chodzę po górach. Wszystko oczywiście razem z dziećmi.


Post navigation


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *