Jak wiecie jestem samodzielną mamą i większość moich startów dopasowuję do moich dzieci. Rzecz jasna nie zawsze mogę ich zabrać na zawody, nie zawsze też oni chcą ze mną jechać.  Wtedy organizuję im opiekę lub czas zabawy w Płocku, tak aby podczas startu mieć czystą głowę. Od małego uczę moje dzieci samodzielności, często specjalnie stwarzam takie sytuacje aby mogli sami wykazać się odpowiedzialnością i zaradnością. To wszystko przyda im się w życiu, a nie ma nic gorszego niż niezaradny facet. Tego dnia, 1 sierpnia wyruszyłam bladym świtem w drogę do Szczytna aby pokonać swoje słabości. Chłopcy mieli za zadanie sami wyszykować się na ich własny weekend. Wszystko poszło znakomicie, a ja jestem z nich bardzo dumna.

Triathlon Szczytno był na mojej liście startowej już rok temu. W zeszłym roku pokryły mi się dwie imprezy tego samego dnia więc nie mogłam wziąć udziału. W tym roku akurat termin idealnie mi pasował. Oczywiście było dużo zmian organizacyjnych z racji COVID -19, ale ostatecznie zawody odbyły się. Droga z Płocka do Szczytna nie należy do najszybszych, a tego dnia chyba cała Polska jechała na Mazury. Wyjechałam z godzinnym zapasem, ale korki sprawiły, że dojechałam pół godziny przed startem. Nie byłabym sobą, gdybym oczywiście nie zgubiła się 😂. Dobrzy ludzie pomogli i pokierowali mnie na plażę miejską nad Jezioro Domowe Duże, gdzie zlokalizowany był start i biuro zawodów. Trasa pływacka wiodła przez Jezioro Długie. Szczytno położone jest bowiem w południowej części Mazur, nad dwoma jeziorami: Długim (zwanym Domowym Dużym) oraz Domowym Małym na granicy dwóch pojezierzy: olsztyńskiego i mrągowskiego. Po drodze same lasy należące do Lasów Państwowych w Olsztynie i wąskie, kręte drogi.

Kiedy dojechałam musiałam naprawdę się spieszyć, żeby odebrać pakiet, przebrać się i przygotować sobie strefę zmian. Dobrze, że jestem już doświadczona to dokładnie wiem co i gdzie potrzebuję mieć podczas startu. Zostało  jeszcze 10 min zapasu na uspokojenie myśli i rozgrzewkę w wodzie. Z racji obostrzeń sanitarnych start odbywał się małymi 4 osobowymi falami. Liczył się czas netto, więc nikt nie przepychał się w kolejce do pływania.

Ja tym bardziej. Myślałam, że po tym starcie napisze Wam coś pozytywnego o moim pływaniu, ale tak nie będzie. Poszło mi gorzej niż źle. Jestem kompletnie zablokowana w głowie z pływaniem, kompletnie! Aż mi wstyd z tego powodu, ale tak się dzieje kiedy człowiek się topił. Zeszłoroczne przeżycia w morzu pozostawiły fatalne skutki w mojej psychice: strach, którego nie mogę się pozbyć. Co z tego, że pływam, trenuje na basenie, uczę się techniki kraula, pływam w wodach otwartych?!  Kiedy wychodzę pływać na zawodach to paraliżuje mnie strach. Kompletnie odbiera mi myślenie, spokój i moją odwagę. Kiedy pływam w Płocku na lokalnych jeziorach: Sumino, Białe, Zdworskie pływam z bojką asekuracyjną. Wtedy jest dobrze, czuje się bezpieczna, opanowana, ale kiedy tylko pozbywam się bojki zaczynam się denerwować. Oddech mi przyspiesza i nie jestem w stanie go uspokoić. Tak też było w Szczytnie. Weszłam do wody bez euforii, nie wbiegłam  i nagle mnie sparaliżował strach. Makabryczne myśli z Gdyni powróciły. Co próbowałam płynąć kraulem to oddech przyspieszał i musiałam przejść do żabki. Moja bujna wyobraźnia wcale mi nie pomagała. Ciemne dno jeziora przypominało mi wielką głębię, która wciąga ludzi na dno. Wokół wirowały czarne myśli z topielcami, którzy łapią Cię za nogę. 🤦‍♀️ I jak tu płynąc spokojnie. 🤷‍♀️ Jakby tego było mało okularki tak zaparkowały, że nic kompletnie nie widziałam. Powinnam je zmienić już dawno, ale czas tak szybko leci, że nie zdążyłam. Całą trasę zmuszona byłam pokonać żabką. Myślę, że długa przerwa spowodowana zamkniętymi basenami w tym roku zrobiła swoje. Nie byłam w stanie tego nadrobić na wodach otwartych. Wyszłam z wody przedostatnia, choć wcale nie weszłam ostatnia. Nie była to dla mnie optymistyczna wersja, ale cóż było robić. Wzięłam te porażkę na klatę i pomyślałam: trudno, nadrobię na rowerze i bieganiu. I zaczęła się moja prywatna walka z czasem o honor i dobre imię. Tutaj czułam się pewna.

Wiedziałam, że jestem wyjeżdżona i wybiegana. Dużej pewności siebie dała mi też zmiana roweru. Triathlon w Szczytnie miał trasę rowerową cross więc wzięłam mój nowy rower Trek X Caliber 9. Ten rower dodał mi 100% do mocy.

Czułam się na nim szybka, pewna i bezpieczna. 24 km trasę pokonałam w 57 minut. Byłam wniebowzięta, bo trasa nie należała do najłatwiejszych. Dwa kółka po terenie mocno zróżnicowanym od kostki i asfaltu po pofałdowany  piaszczysty, wąski i zalesiony teren dał się mocno we znaki nam wszystkim. Tego dnia było wyjątkowo gorąco, a kurz i pach spod kół unosił się jeszcze długo za każdym zawodnikiem. Najgorszy był ten piach. Wielu grzęzło w nim i upadało. Było kilka wywrotek i karamboli, kilka ran, otarć i gum. Suchy pył utrudniał oddychanie dlatego trzeba było dużo i często pić. Po rowerze humor mi wrócił. Byłam bardzo zadowolona z tego co nadrobiłam. Oby tylko na biegu nogi nie odmówiły posłuszeństwa!

I nie odmówiły. 🙂 Biegło mi się rewelacyjnie. Nogi przebierały same i czułam, że mam moc. 5 km pokonałam  czasie 24,5 min. To mi się już dawno nie zdarzyło, zwłaszcza po rowerze. Ostatnio nie robiłam treningów zakładowych. Zwyczajnie nie było czasu, a na urlopie potrzebowałam relaksu i odpoczynku a nie przetrenowania się.

Trasa biegowa wiodła po kostce wokół jeziora Długiego. Jedyną przeszkodą na bieganiu było słońce, które zaczęło bardzo mocno grzać i dawać się we znaki. Zwyczajnie osłabiało. Nie chciałam nawet myśleć jak gorąco będą mieli zawodnicy startujący o godz 12 na dystansie 1/16 IM.

Wbiegłam na metę jako 10 kobieta z czasem 1:39:24 podczas gdy najlepsza kobieta miała czas 8 minut lepszy 1:31:35. Byłam zachwycona i szczęśliwa. Wszystko co straciłam, straciłam w wodzie. Gdyby nie to pływanie mogłabym powalczyć o lepszą lokatę, ale w tej sytuacji cieszyłam się z tego co mam.

Po zawodach rozmawiałam z ratownikami o moich obawach i sytuacji. Powiedzieli jednogłośnie: nie ma innego lekarstwa jak pływać, pływać i jeszcze raz pływać. I tak będzie! Nie poddam się! Im coś mi bardziej nie wychodzi, tym bardziej jestem zdeterminowana. Mam jeszcze czas żeby uporać się z tymi demonami. Już miałam odjeżdżać, kiedy wywiesili listy z wynikami. Nie mogłam uwierzyć, że w mojej kategorii wiekowej byłam pierwsza. Nici z wyjazdu, trzeba czekać półtorej godziny na dekorację. To była wspaniała osłoda dla mojej zszarpanej i słabej psychiki.

Sponsorem nagród była polska firma Chantal, która właśnie obchodziła 30 lat swojego istnienia. Będę testowała, oj będę.

Tym razem strach mnie pokonał. 1:0 dla niego, ale ja nie powiedziałam jeszcze ostatniego słowa. Chyba nie wie jeszcze co to znaczy zdenerwować mnie. Wygrałam, ale w głębi duszy czułam się pokonana przez mojego największego demona. Świadomość, że to ja mu pozwoliłam żeby się tak panoszył jest jeszcze bardziej smutna. W przyszłym roku wracam by pokonać moją słabość. Słabość będzie moją siłą.

 

Monia

Triathlon Szczytno 2020- urodzinowy start

Monia


Pasjonuję się sportem od urodzenia. Miałam niestety długą przerwę, ale przeznaczenia nie da się oszukać. Od 3 lat nałogowo biegam. Są to głównie biegi na 5 km, 10 km, 3000m, półmaratony, sprint 100m. Mam na swoim koncie koronę półmaratonow i kilka biegów górskich, ale zdecydowanie wolę krótsze dystanse i sprint. Pływam, jeżdżę na rowerze mtb a przynajmniej staram się. Spróbowałam swoich sił w triathlonie i zakochałam się. Jeżdżę na nartach, łyżwach, chodzę po górach. Wszystko oczywiście razem z dziećmi.


Post navigation


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *