Po nieudanym starcie w Gdyni przyszedł czas na długi, wyczekiwany urlop i przemyślenie niektórych spraw. Góry, ich potęga, cisza i moc sprawiły, że znowu nabrałam dystansu do wszystkiego. Potem wspaniały czas spędzony nad jeziorem, pokazał, że w pływaniu cofnęłam się znowu do punktu wyjścia. Piękne Jezioro Powidzkie dało mi możliwość trenowania pływania open water, nawet dwa razy w ciągu dnia.

Trening, który wykonywałam miał polegać na przepłynięciu na drugi brzeg, dookoła tej łódki, bez pianki i bojki. Nie było z tym najmniejszego problemu przez pierwsze dwa dni. Pływałam pewnie, kraulem i z czystą przyjemnością. Niestety pewnego dnia, będąc już na środku jeziora, dopadł mnie paniczny strach przed utonięciem. Do głowy napłynęły czarne myśli i wspomnienia z Gdyni. Zdenerwowanie i panika sprawiły, że miałam problem z opanowaniem oddechu. To najgorsze, co morze przytrafić się w wodzie. Ledwo dopłynęłam na drugi brzeg. Niedobrze pomyślałam. Znowu jestem w punkcie wyjścia sprzed dwóch lat. 😡 Takie są skutki złych wyborów i decyzji niestety. Mówi się trudno i żyje się dalej, ale nie poddam się. Zachody słońca w tym miejscu na szczęście uspokajały mnie i wyciszały.

Na początku września podjęłam decyzję o zakończeniu tego sezonu triathlonowego z przytupem w Malborku.

Wspólnie z kolegami z teamu Tri Sandoz wybraliśmy dystans 1/4 IM. Castle Malbork Triathlon odbywają się tutaj już po raz 18. W tym roku po raz pierwszy meta oraz strefa EXPO zlokalizowane zostały w murach Muzeum Zamkowego na Międzymurzu Zachodnim. Biuro zawodów zlokalizowane zostało w sali KARWAN. Tam też odbyła się odprawa techniczna i pasta party.

Tuż przed wejściem, można było zostawić rower, którego pilnowało dwóch rycerzy 😉.

ACHTUNG!!! Ważna informacja co do parkingów. Są dwa: jeden tuż przy zamku i koszt postoju to 25 zł do 3 godzin, drugi od strony ul. Wałowej, tuż przy strefie zmian, a koszt za całość to 20 zł. Płatne tylko gotówką, a najbliższy bankomat jest przy kasach na zamku lub przy tym drugim parkingu. 😇

W tym roku padł rekord frekwencji na zawodach. Zapisało się około 2 tyś zawodników na cztery różne dystanse. Zawody zostały podzielone na dwa dni: sobotę (7.09) – 1/8 IM (0,475 km 🏊‍♀️- 22,5 km 🚴‍♀️ – 5,275 km 🏃‍♀️) oraz 1/4 IM (0,950 🏊‍♀️ – 45 km 🚴‍♀️ – 10,55 km 🏃‍♀️) oraz niedzielę (8.09) – 1/2 IM (1,9 km – 90 km – 21,1 km), IM (3,8 km – 180 km – 42,2 km). Sponsorem Głównym zawodów jest firma Garmin, a organizatorem Labosport. Zawody zyskały wielu sponsorów strategicznych m.in: SaeHigh -5Sailfish

W sobotę start dystansu 1/8 IM odbył się o 9:00, a 1/4 IM o 9:10. Wcześniej uzupełniliśmy bidony, żele, napompowaliśmy koła, posegregowaliśmy ubrania i buty w strefie zmian.

Było bowiem tak, że po wyjściu z wody dobiegało się do strefy zmian z workami. Tam zostawiało się pianki, czepki i okularki i dobiegało dalej do roweru. Przypadek sprawił, ze na zdjęciu obok rowerów uwieczniony został Maciej Dowbor,  który też bawi się w Triathlon, a nawet ma spore sukcesy.

Start do wody odbywał się z bardzo wąskiego zejścia po drewnianym pomoście i po workach z piaskiem ułożonych w wodzie. Dalej to już od razu głębina i brak dna pod nogami. Ponieważ to już wrzesień, to wieczory i ranki są zimne. W sobotę rano było tylko 6 stopni, więc woda w Nogacie zdążyła zrobić się zimna. Fal nie zauważyłam całe szczęście, ale jedynie rzęsę wodną. Pomimo tego bałam się. Wiedziałam, że umiem pływać, że taki dystans to dla mnie nie nowość, ale głowa mówiła co innego.

Jeden czepek pod spód, na to okulary i właściwy żółty czepek na wierzch. Chyba ten zielony z Gdyni przesyła mi złe fluidy bo początek pływania był dla mnie straszny. Weszłam do tej wody, i mnie sparaliżowało. Zanim powoli się rozgrzałam to zeszło. Zaczęłam żabką oczywiście, bo kraulem nie mogłam tak mnie zimna woda zatykała. Przez to nie mogłam też wyregulować oddechu. Mówię sobie: trudno Monia, płyniesz jakkolwiek byle do przodu! Do tego za chwilę doszła słaba głowa. Znowu strach trudny do opanowanie, myśli, że tonę, że jest głęboko, i jeszcze ta rzęsa wodna, która oplata mi się między nogami jakby chciała pociągnąć w dół. Już myślałam, żeby przekręcić się na plecy i uspokoić, albo podnieść rękę i zrezygnować, bo to dopiero początek a ja już nie daje rady! Wtedy stało się coś dziwnego… jakby druga „ja” przejęła dowodzenie mózgiem i przemówiła: hej laska! Co ty wyrabiasz? Co się z Tobą dzieje? Co się tak rozczulasz nad sobą?! Przecież Ty umiesz pływać! Jesteś silna! Dajesz siłę innym! Jak chcesz ją dalej dawać skoro byle jaka rzeka cię zmiękcza? Przepłynęłaś nie tyle na olimpijce, więc co to dla Ciebie! To nie Gdynia, to Malbork! Uspokój się i nie panikuj! Oddychaj spokojnie… zobacz, już jest lepiej. Dasz radę! Musisz tylko w to uwierzyć! Nawet woda zrobiła się już jakaś cieplejsza. Spróbuj zanurzyć twarz pomału, spróbuj troszkę kraulem, chociaż parę metrów, to będzie Ci łatwiej, bo nogi potrzebujesz na rower i bieg. Tutaj ma być relaks, nogi machają tylko góra – dół….

Ocknęłam się nagle. Nabrałam pewności siebie i zaczęłam płynąć kraulem. Obok z prawej strony, z tyłu usłyszałam jakieś głosy. Przy okazji nabierania powietrza rozejrzałam się kto i do kogo mówi. To był kajak, a w nim ratownik. Płynął obok jakiejś zawodniczki i asekurował ją. Poczułam się nagle bezpieczniej, bo gdyby coś, to ktoś jest blisko. Ale … już go nie potrzebowałam. Głowa zaczęła pracować, a ręce machać jak dawniej. To co straciłam, już było nie do odrobienia w wodzie, ale niech no tylko wyjdę z niej na ten rower to Wam pokażę! 😉 No i wyszłam! Po 27 minutach, ale wyszłam! Prawie się rozpłakałam ze szczęścia, ale nie było czasu na sentymenty, bo trzeba było gonić dalej do przodu. 😂  Przede mną była jazda na rowerze, którą trenowałam przez ostatnie dwa miesiące na okrągło. Przejechałam ponad 1000 km z chłopakami z Płockiego Klubu Kolarskiego. Wiedziałam, że tutaj mogę coś urwać. Wprawdzie byłam świeżo po anginie, osłabiona 10-dniowym braniem antybiotyku, ale przecież mięśnie nie zapominają. Chłopaki z PKK mówili, że po dwóch miesiącach nie ma co się spodziewać spektakularnych sukcesów, ale 1-2 min można urwać. Kiedy trenowałam z nimi dawali mi dużo cennych wskazówek, ale najważniejsza to: kręcić, cały czas kręcić! Z tą myślą wsiadłam na rower i pojechałam hen przed siebie w stronę Tczewa.

Pierwszy raz wystartowałam też w nowych wpinanych butach, co było dla mnie dodatkowym stresem. To wpinanie i wypinanie w pedały nie zawsze udaje się idealnie, ale tym razem poszło mi bez zarzutu. Wsiadłam i odpaliłam 🚀🚀🚀🚀🚀. Na początku miałam bardzo dużo siły, zresztą pomiędzy zabudowaniami nie odczuwałam tak oporu wiatru. Chciałam to wykorzystać, więc prędkość 35 km/h utrzymywałam do 10 km. Potem w szczerych polach, zaczął hulać wiatr i prędkość trochę spadła, zmęczenie nóg postępowało. Postanowiłam sobie, że będę utrzymywać prędkość w okolicach 30 km/h, a to było możliwe tylko gdy cały czas kręciłam. Po nawrotne znowu dostałam świeżej krwi i przyspieszyłam. Przez całą trasę powtarzałam sobie w głowie tekst chłopaków z PKK: kręcisz laska! Cały czas kręcisz! Ta myśl prowadziła mnie do samej 45 km mety. Kręciłam aż łydki piekły. Trasa była idealnie prosta, bez żadnego zjazdu i podjazdu bo wiodła w całości przez Żuławy Wiślane. Po drodze wypiłam dwa bidony wody, zjadłam 4 żelki i 2 żele energetyczna ALLE i wyprzedziłem kilku kolarzy. Maksymalna prędkość wyszła 38,5 km/h a średnia 29,1 km/h. Teraz kiedy to analizuję, jestem mega zadowolona, ale wtedy to nie miało znaczenia. Myślałam tylko żeby wszystko odbyło się bez awarii, kolizji czy innego wypadku. Widziałam po drodze zawodników naprawiających rowery: to guma, to łańcuch, to koło. Niektórych, którzy byli lepsi ode mnie w pływaniu wyprzedziłem na rowerze i to dało mi siłę do biegania. Strefa zmian T2 z racji zmiany butów zajęła mi prawie 3 min – do poprawy, ale międzyczasie wypiłam prawie 0,5 l coca- coli. Potrzebowałam tego cukru i kopa. Do ręki złapałam jeden żel ALLE, na głowę założyłam buff i pobiegłam zdobywać Zamek ☺️.

Trasa biegowa, jedyna w swoim rodzaju wiodła przez tereny muzealne Zamku Krzyżackiego, fosę oraz wieżę Maślankową. Normalnie żeby tam wejść, trzeba kupić bilet. Jedno okrążenie miało 5,5 km, a my robiliśmy dwa na dystansie 1/4 IM. Na 3 i 7 km stali wolontariusze z wodą i izotonikiem, którym za każdym razem się częstowałam żeby nie osłabnąć. Biegliśmy też przez most nad Nogatem, co dało dodatkowe wrażenia. Duża część trasy była zalesiona, bez większych podbiegów. Najtrudniejszy odcinek to okolice fosy gdzie było ciasno i trawa oraz okolice mety gdzie była nawrotka i bruk. Biegło mi się wspaniale. Postanowiłam nie zaczynać za szybko tylko utrzymywać stałe tempo w okolicy 5:15. Noga pięknie podawała, aż byłam zdziwiona. Myślę, że bardzo przyczyniła się do tego pogoda. Nie było słońca ani upału tylko chłód i lekki deszczyk, który pomagał. Wspaniała atmosfera i kibice tylko dodawali otuchy i siły. Nie biegłam w trupa, bo nie czułam takiej potrzeby i wiedziałam, że każdy wynik w okolicy 3,5 h da mi satysfakcję. Kiedy w zeszłym roku zadebiutowałam na tym dystansie w Przechlewie byłam kompletnie nieprzygotowana: stary rower mtb, zero treningów na szosie, słabiutkie pływanie. Byłam chyba trzecia od końca z czasem 3:40:20, ale nie miało to dla mnie znaczenia bo chciałam to tylko zrobić.

Przez całą trasę zarówno biegową jak i kolarską kompletnie nie patrzyłam na zegarek. Nie chciałam się skupiać na rzeczach, które nie mają znaczenia i mnie rozpraszają. Zresztą w strefie zmian T1 źle przestawiłam zegarek i potem już wszystko wyglądało inaczej. Kiedy więc wbiegłam na metę a spiker mnie przywitał: oto na mecie mamy Monikę Brulińską, spojrzałam na czas przy nazwisku i złapałam się za głowę 😱 – 3:02:33‼️Podchodziłam do ludzi i pytałam, który czas jest właściwy: ten przy nazwisku czy ten ogólny? 😀  Byłam w siódmym niebie! Jest progres! Jest wynik! Jest radość! Jest energia po którą przyjechałam! Na 396 zawodników startujących byłam 315, a 7 w mojej kategorii wiekowej na 13 zawodniczek. Jest nadzieja na przyszły rok.

Moi koledzy z teamu TRI Sandoz już dawno świętowali na mecie. Radek Trzaska , który bawi się w Triathlon od 2 lat wbiegł na metę z czasem 2:28:38, a Seweryn Knut 2:37:46.

Kiedy ja wbiegałam na trasę biegową, Seweryn już kończył bieg. Swoim okrzykiem: „Monia dajesz! Czekam na  Ciebie na mecie z piwem!” – dodał mi energii. Widzieliśmy się też na trasie rowerowej, gdzie wsparcie Seweryna zwykłym gestem 👋👋👋  i okrzykiem kręcisz Monia! okazało się dla mnie bardzo cenne i ważne.

Kiedy rozmawialiśmy potem na mecie, Seweryn powiedział:” kiedy zobaczyłem Cię na rowerze, byłem już spokojny o Ciebie” ☺️. I z takimi ludźmi warto się zadawać! Przyjaźń na całe życie! Na mecie zrobiliśmy sobie oczywiście kilka pamiątkowych zdjęć w towarzystwie naszej czerwonej rakiety 😉.

Mamy jeszcze jednego bohatera z Płocka, który tego dnia zmagał się z dystansem 1/4 IM – Maćka Żytowieckiego. Chłopak przygotowywany pod okiem Łukasza Kalaszczyńskiego, zrobił w ostatnim sezonie takie postępy, że sam nie wierzy! Maciek ten sezon może uważać za bardzo udany: start w Gdyni na dystansie 1/2 IM, teraz Malbork 1/4 IM z czasem 2:25:07! Idzie jak burza!

Miałam okazję spotkać się i porozmawiać z Maćkiem w Malborku. Postanowiłam to wykorzystać i zadać mu kilka pytań:

~skąd w ogóle wziął się u Ciebie pomysł na Triathlon?

– Kiedyś postawiłem sobie cel, że przebiegnę półmaraton, potem był maraton i ultramaraton, następnie, że ukończę Triathlon : 1/4, potem 1/2 … boje się, że postawie sobie kolejny cel, który niebezpiecznie chodzi mi po głowie. 🙂

~Co daje Ci Triathlon?

– Triathlon daje mi satysfakcję i frajdę. Nauczył mnie systematyczności, planowania i zarządzania czasem. Właśnie o ten czas w triathlonie jest najciężej. Są tygodnie gdzie trening zajmuje 12 godzin w tygodniu i jest to czas netto, czyli tylko treningowy. Trzeba wtedy dodać np. czas dojazdu na basen itp, więc fizycznie potrzeba go więcej.

~Malbork był planowany?

– Tak, mój trener Łukasz Kalaszczyński mnie namówił. Wiedział co mówi. Chociaż do końca planowane przeze mnie, to najlepsze zawody w sezonie. Wszystko poszło zgodnie z planem. Treningi po połówce w Gdyni to już było raczej na zasadzie podtrzymania formy – objętościowo dużo mniej.

~Czy dostałeś jakieś rady przed startem od Mistrza?

– Tak dostałem. Przed startem rozgrzewka około 50 min: trochę biegania, rozciągania, 500 m pływania i kilka sprintów.

Tego dnia Zamek w Malborku zdobył także, na dystansie 1/8 IM Romuald Baranowski. Człowiek, który wszystko co robi, robi bo chce a nie musi. Triathlon uprawia dla dobrej kondycji i własnego zadowolenia. Wszystko na pełnym luzie i bez spinki na wynik. Takich triathlonistów w Malborku było wielu.

Na pytanie dlaczego bawisz się w Triathlon odpowiedział:

– Triathlon to więcej niż bieganie, Triathlon to więcej niż jazda na rowerze, Triathlon to więcej niż pływanie… czyli … Triathlon to sport dla żelaznych ludzi!!!

Widziałam z jakimi owacjami wbiegał na metę ostatni zawodnik na dystansie 1/4 IM. Z czasem 4:11.  I tacy ludzie są wielkimi wygranymi! Tutaj tak naprawdę nie ma przegranych, bo walka jaką stoczył każdy na trasie, zasługuje na uznanie i aplauz. Praktycznie na każdych zawodach triathlonowych spotykam SUPER BOHATERÓW. Tak było i tym razem. W Malborku na dystansie 1/4 IM wystartował Jurczak Triathlon Team: Kuba i Przemek – syn i ojciec, którzy dążą do wspólnego celu – pokonać Triathlon IRONMAN.

Pamiętam ich doskonale, płynęli obok mnie z pontonem. Kiedy ich zobaczyłam to o mało się w wodzie nie popłakałam. Musiałam się powstrzymywać emocjonalnie, bo wtedy już wcale bym tego nie ukończyła. Potem pozdrawiała ich na rowerze i życzyłam powodzenia, a na trasie biegowej pomyślałam: jak on tutaj da radę z tym wózkiem? No dał! 💪👏 Mistrze! I ich magiczne 3:33.

Drugiego dnia wystartowały dystanse 1/2 IM i IM, w tym Mistrzostwa Polski na dystansie długim. Wystartowało wielu czołowych zawodników PRO z Polski, wielu debiutowało na tym dystansie. Śledziłam te zawody w relacji live i przeżyłam niezapomniane chwile i wielkie emocje jakie dostarczył nam Łukasz Kalaszczyński i Marcin Ławicki. Walka między nimi trwała do ostatnich kilometrów. Cały czas prowadził Marcin, ale Łukasz nie odpuszczał. Gonił Marcina i im bliżej mety, tym zmniejszał dystans do prowadzącego. Jednak bieganie to najmocniejsza strona Łukasza, jak sam zresztą mówi. 3 km przed metą Łukasz dogonił i wyprzedził Marcina, obejmując tym samym prowadzenie, które utrzymał już do samego końca! Mamy Mistrza Polski na dystansie IM z czasem 8:21:20! Co za wynik i co za wzruszenie towarzyszyło temu na mecie!

Z grupy Tri Sandoz na dystansie pełnego IM wystartował nasz kolega – Łukasz Andrzejewski. Łukasz jest już bardzo doświadczonym zawodnikiem, niedawno startował w Austria Extreme Triathlon. Wbiegł na metę ( 10:09:51) zaraz za pierwszą kobietą Anna Peterek (10:08:08). Niezły finisz!

Zawody w Malborku zorganizowane zostały w konwencji EKO. Wszystkie papierki i opakowania po żelach, kubki po piciu i butelki były wyrzucane tylko w wyznaczonych do tego miejscach. Przyznam, że ja wszystkie opakowania po żelach przywiozłam ze sobą do domu, zanim dowiedziałam się, że jest taka akcja. Zawsze tak robię, bo wiem ile pracy wymaga posprzątanie takiego terenu po zawodach. Castle Malbork Triathlon 2019 przechodzi do historii, ale ja już myślę o roku następnym, bo wracam tam silniejsza i pewniejsza siebie.

„Wszystko, czego pragniesz, jest po drugiej stronie strachu”

Monia

Wszystko, czego pragniesz, jest po drugiej stronie strachu – Castle Triathlon Malbork 2019

Monia


Pasjonuję się sportem od urodzenia. Miałam niestety długą przerwę, ale przeznaczenia nie da się oszukać. Od 3 lat nałogowo biegam. Są to głównie biegi na 5 km, 10 km, 3000m, półmaratony, sprint 100m. Mam na swoim koncie koronę półmaratonow i kilka biegów górskich, ale zdecydowanie wolę krótsze dystanse i sprint. Pływam, jeżdżę na rowerze mtb a przynajmniej staram się. Spróbowałam swoich sił w triathlonie i zakochałam się. Jeżdżę na nartach, łyżwach, chodzę po górach. Wszystko oczywiście razem z dziećmi.


Post navigation


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *