Na ten rok zaplanowałam sobie tylko krótkie sprinterskie starty. Trzeba wykorzystać potencjał tkwiący w młodości i mojej szybkości średniodystansowca. Kiedy jednak dostałam propozycję wzięcia udziału w prestiżowych zawodach Ironman 5150 Warsawzaczęłam się zastanawiać. Wiedziałam, że to bardzo trudne zawody, bo dystans dłuższy niż sprint. Z drugiej strony…kto wie, być może nigdy nie nadaży się taka okazja. To była trudna decyzja, ale lubię wyzwania więc postanowiłam zaryzykować. Tak oto znalazłam się na liście startowej. Zaczęłam czytać, przeglądać mapki tras z wcześniejszych lat i wtedy dopiero zdałam sobie sprawę z tego, że na dystansie olimpijskim mam do przepłynięcia trochę więcej, bo 1500 m. Przyznam, że wtedy dopiero zdałam sobie sprawę z powagi sytuacji. Nigdy nie przepłynęłam jednostajnie takiej odległości, najwięcej było to 1200m.  Zaczęłam rozmawiać ze znajomymi, którzy tam startowali i dowiedziałam się, że w Zalewie Zegrzyńskim lubią być fale. To mnie zdenerwowało jeszcze bardziej. Stwierdziłam jednak, że podejmę wyzwanie bo strach ma wielkie oczy. W piance jakoś to przepłynę – pomyślałam. Co do reszty nie miałam wątpliwości, że zrobię. Istniało jedynie ryzyko, że nie zmieszczę się w limicie 4 godzin, które ustalił organizator.

Historia triathlonu w Warszawie sięga lat 80-tych. Od tamtej pory triathlon organizowany jest tam w różnych odmianach. Marka Ironman zadebiutowała w Polsce w 2015 roku w Gdyni, w ramach imprezy Ironman 70.3. Okazała się wielkim sukcesem sportowym, dlatego rozgrywane są kolejne zawody tego typu z logo IM. 5150 Warsaw Triathlon to młodsza odmiana Ironmana. To dystans olimpijski, a zawodnicy mają do pokonania: 1500m pływania, 4o km na rowerze i 10 km biegu. Etap pływacki odbywa się od zawsze w Zalewie Zegrzyńskim. Etap kolarski prowadził w tym roku znad zalewu Zegrzyńskiego, przez Nieporęt, Most Północny i dalej Wisłostradą aż do strefy zmian T2. Po minięciu centrum Olimpijskiego PKOL, Cytadeli Warszawskiej i Zamku Królewskiego, wydłużony został odcinek trasy na Wisłostradzie. Dzięki temu mogliśmy przejechać słynnym tunelem.

Zaraz po wyjechaniu z niego, zsiadało się z roweru i biegło do strefy zmian T2. Była ona zlokalizowana na wysokości Skweru Kahla przy Wybrzeżu Kościuszkowskim. Trasa biegowa wiodła Mostem Świętokrzyskim dalej Bulwarami Wiślanymi aż do ul. Sanguszki. Dało to możliwość podziwiania na trasie: Multimedialny Park Fontann, Muzeum Sztuki Nowoczesnej, Centrum Nauki Kopernik oraz Zamek Królewski (gdyby ktoś nie zauważył go podczas jazdy rowerem ) 😉. W oddali widać Stadion PGE Narodowy oraz warszawskie ZOO. Meta była w najlepszym możliwym miejscu, bo; przy Pomniku Syrenki. Przyznam, że pomimo iż mieszkam blisko Warszawy, nigdy nie miałam okazji widzieć go z bliska.

Z jednej strony cieszyłam się jak dziecko, że wystartuję w tych zawodach, z drugiej zaś dopadał mnie lęk przed pływaniem. Zaczęłam więcej pływać i częściej na otwartym akwenie. Zwiększyłam też dystans rowerowy. Ostatni trening rowerowy zrobiłam w środę przed zawodami. Wyszło 46 km w tempie 27 km/h. Chciałam w ten sposób oszacować czas w jakim muszę pokonać trasę, aby zmieścić się w limicie.

Z Płocka poza mną, w tych zawodach wzięło udział jeszcze dwóch moich kolegów: Adam Kaźmierczyk i Jarek Sosnowski z PTT Delta. Adam i Jarek byli tu już w zeszłym roku i tak im się spodobało, że postanowili znowu wystartować.

Zgodnie z regulaminem, strefy T1 i T2 były otwarte dla zawodników w sobotę do 20:30. Tylko w sobotę można było odebrać pakiet i wprowadzić rowery do strefy zmian, a także przygotować wszystko na bieganie. Obowiązywał system workowy. Już spotkałam się z tym w zeszłym roku w Przechlewie.

Troszkę wydłuża to czas zmian, ale przy takiej liczbie zawodników nie ma innego wyjścia. Przyjechaliśmy do Warszawy wcześniej, aby w sobotę na spokojnie, wszystko przewieźć i przygotować w strefach zmian. W ramach pakietu, każdy zawodnik otrzymał: plecak triathlonowy 5150, kupon na pasta party, czepek, chip na nogę, nr startowy oraz buff z logo „Giant”. Koszulka finishera oraz medal czekać miał na każdego z nas na mecie. Pogoda ostro dawała się we znaki. Było tak potwornie gorąco, że chodzenie sprawiało problem, a co dopiero zmagania sportowe. Byłam podekscytowana i zastanawiałam się, jak ja jutro dam radę to wszystko zrobić przy takim upale? Wieczorem, jak grom z jasnego nieba, spadła na nas wiadomość od organizatora o zakazie płynięcia w piankach. Komunikat był jasny: ponieważ woda w Zalewie Zegrzyńskim wynosi 29 stopni, wprowadzamy zakaz płynięcia w piankach. Jeśli natomiast ktoś nie czuje się na siłach, aby przepłynąć bez pianki to OK, może w niej płynąć, ale nie będzie klasyfikowany w kategorii wiekowej oraz startuje na samym końcu, po wszystkich zawodnikach. Na początku lekko się zdenerwowałam, gdyż wiem doskonale, że bez pianki oraz przy takich falach nie przepłynę tego dystansu. Nawet jeśli bym przepłynęła, to musiałabym włożyć w to dużo siły, poza tym nie chciałam się utopić. Postanowiłam nie ulegać presji organizatorów i popłynąć w piance, podobnie jak wielu innych zawodników.

Każdy zawodnik sam podejmował decyzję we własnym zakresie. Ja nie przyjechałam tutaj wygrywać, tylko dobrze się bawić. Ludzie długo dyskutowali na ten temat, ale ja miałam już decyzję podjętą. Na pasta party jedzenia i picia było w bród. Jednym ze sponsorów był LECH FREE, który zasponsorował wspaniałe, orzeźwiające i nawadniające piwo bezalkoholowe o różnych smakach.

Na liście startowej widniało 1313 nazwisk, wystartowało około 1200 zawodników, z czego tylko 137 kobiet. Wśród zawodników PRO takie sławne nazwiska jak: Miłosz Sowiński, Tomasz Brembor, Sebastian Karaś, Sergiy Kurochkin,  Siudmiak Igor, Małgorzata Otworowska, Bartosz Banach. Na liście startowej był także nasz płocki mistrz Łukasz Kalaszczyński. Postanowił jednak zmienić plany i wystartować w Augustowie na Garmin Iron Triathlon. Wielu z nich nie znam, nawet nie wiem jak wyglądają, no bo skąd. Widziałam kilka osób ze świata polityki, telewizji i sportu: Beatę Sadowską, byłego premiera Kazimierza Marcinkiewicza czy znanego sportowca Pawła Korzeniowskiego. Pawła spotkaliśmy tuż po zawodach, podczas jedzenia. Rozmawialiśmy o dystansach sprint, które teraz robi, o wykorzystaniu jego potencjału na szybkość, bo wytrzymałość przyjdzie z wiekiem. Powiedziałam: usiądź chociaż koło mnie. No to usiadł 😉

Od piątku czułam już lekkie poddenerwowanie i niestety w sobotę rano dopadły mnie problemy żołądkowe i biegunka. Pomimo przyjęcia 3 tabletek nifuroksazydu, nie uspokoiła się. W niedziele rano, przed startem wypiłam jeszcze smectę. Jeśli to nie pomoże to już nic nie pomoże i obawiałam się najgorszego. Rano można było jeszcze wejść do strefy zmian T1 i uzupełnić płyny na rower, batony i żele. W strefie aż wrzało.

Wszystkie swoje prywatne rzeczy wrzucaliśmy do worka depozytowego i oddawaliśmy wolontariuszom. Zostały one potem sprawnie przewiezione na metę.

Kiedy tak sobie stoisz zamyślona, w kolejce do depozytu, podchodzą ludzie. Zupełnie obcy, nieznajomi. Stają za tobą, rozmawiają, śmieją się. Odwracasz głowę, żeby wziąć udział w konwersacji i dowiadujesz się nowych ciekawych rzeczy. Poznajesz nowych ludzi. Patrzysz na koszulkę i widzisz logo Apteki Gemini. Myślisz sobie: ktoś z mojej branży…  więc pytasz: masz coś wspólnego z farmacją? Tak odpowiada nieznajomy – to sponsor. 😂.  Pytasz więc dalej, czy powinnam znać tego zawodnika i czy to wstyd jeśli go nie znam?  Odpowiada: już znasz, Bartosz Banach – zawodnik PRO. Miło mi … poznawać takich ludzi. Oni to dopiero dają motywację!

Start zaplanowany został na godzinę 9:00 dla zawodników PRO, a 9:10 dla pozostałych – puszczanych falami. Ponieważ grupa piankowców, startowała na końcu, to długo siedzieliśmy w wodzie i żartowaliśmy, że stworzymy sobie swoją własną kategorię NEO PRO 😉 , że bez pianki to każdy umie pływać 😜, że jesteśmy z siebie dumni, bo nie ulegliśmy naciskom, że dzięki temu zaoszczędzimy swoje nogi i wykorzystamy je na rowerze itd… Było pozytywnie i wesoło. 😂 Czekaliśmy bardzo długo na swoją falę, ale w końcu się doczekaliśmy. Kiedy my startowaliśmy, zawodnicy PRO już kończyli. Najpierw biegliśmy po wodzie, by potem rzucić się na nią i płynąć przed siebie . Szybko okazało się, że można tak biec i biec, bo jest dość płytko, no ale jak konkurencją jest pływanie to płyniemy. 😀 Po takim szybkim biegu musiałam uspokoić oddech, bo przede mną było 1500 m pływania. Woda ciepła jak zupa, ale bardzo szybko okazało się, że jest niespokojna. Płynęłam kraulem i nawet nieźle mi to szło. Co jakiś czas podnosiłam głowę i sprawdzałam azymut. Często musiałam korygować, bo odpływałam za daleko w prawo lub w lewo. Fale napływały co chwila jak wielkie bałwany i przykrywały mnie całą. W jedną stronę było mi trudniej płynąć, ponieważ oddycham na prawą stroną, skąd napływały  fale. Musiałam tak zsynchronizować moje pływanie i oddychanie, aby chować pod wodę głowę wtedy, kiedy napływały fale. Super doświadczenie. Nie wiem jak długo płynęłam, bo byłam bardzo skupiona. Kiedy dopłynęłam do pierwszej bojki, pomyślałam: dobrze, że płynę w tej piance. Druga bojka była tuż tuż i zawrotka. Miałam wrażenie, że wszystko trwa wieczność. Cały czas kontrolowałam oddech i ruchy kraula. Żabka pomagała mi tylko wyprostować kierunek. Zresztą nawet gdybym chciała to nie dało się płynąc żabką, bo fale napływały prosto na ciebie, a woda wlewała się w gardło. Chwila nieuwagi groziła zaksztuszeniem i po tobie. Ratowników było mnóstwo. Jedni pływali na skuterach wodnych inni na deskach. Co chwila podpływali i pytali się czy wszystko w porządku. Na początku nie czułam się bezpieczna, bo wszyscy byli gdzieś daleko. Gdybym nagle zachłysnęła się, to nikt by nie zauważył. Na szczęście przyszedł taki moment, że ratownicy znaleźli się w pobliżu mnie, nawet jeden na desce zapytał czy wszystko w porządku. Czułam, że płynę i płynę i końca nie widzę. Skutery wodne i pływające łódki w oddali powodowały, że wodą bujało, a fale przykrywały mnie całą. Na dodatek ten straszny smród benzyny. W drodze powrotnej fale napływały z lewej strony, więc było mi dużo łatwiej oddychać, ale coraz bardziej opadałam z sił. Mijałam trochę ludzi i czułam, że jestem coraz bliżej końca. Nagle obok mnie ktoś dostał skurczu, szybko podniósł rękę i ratownik na desce podpłynął. Niestety okazało się, że skurcz był tak silny iż zawodnik postanowił przerwać swoje zmagania. A był tak blisko końca…. Ratownicy odholowali go na brzeg całego i zdrowego. W końcu i ja wyszłam z wody! YES! YES! YES! Żyję! Przepłynęłam! Zegarek pokazywał 2400m i 50:35 min. Długo o tym myślałam podczas jazdy na rowerze. Jak to możliwe? Taki dystans? Suunto nie mogło się aż tak pomylić! Byłam przekonana, że dystans był źle wymierzony. Ja na pewno swoje nadrobiłam, ale nie aż tyle. Dzień po zawodach, na forum ludzie długo rozmawiali o tym dystansie pływackim i okazało się, że każdemu wyszło więcej pływania. Zegarki pokazywały 1700-2000m. Zastanawiam się w czym jest problem, aby dobrze wymierzyć trasę pływacką? Dlaczego na tak prestiżowych zawodach dystans tak bardzo odbiega od norm. Jak to w ogóle porównać teraz do innych lat? Czy zrobiło się postęp czy nie? Jakby tego było mało wielu ludziom nie zgadzał się czas. Zegarek pokazywał coś innego a Data Sport zmierzyła inaczej.

Strefa zmian poszła szybko i sprawnie. Ani się obejrzałam a już byłam na rowerze i jechałam 27 km/h w stronę Warszawy. Czułam, że bardzo boli mnie głowa. Wszystko przez ten śmierdzący ołów z benzyny na trasie pływackiej. Dużo piłam: woda, izotonik, znowu woda, znowu izotonik…! Zjadłam batonik energetyczny i żelki. Trasa rowerowa była szybka, prosta i przyjemna. Wiedziałam, że jeśli na rowerze nie przestanie boleć mnie głowa, to potem na bieganiu będzie jeszcze gorzej. Żołądek nie dawał się we znaki, czyli wszystko się zatrzymało. Nawodnienie zrobiło swoje, głowa pomału przestawała boleć. Moja jazda – to był oczywiście samotny wyścig z czasem. I to niesamowite uczucie, kiedy jedziesz sama środkiem Wisłostrady i cała droga należy do Ciebie! 🚴‍♀️😛 Czułam, że jadę szybko, chwilami nawet 33-34 km/h, ale i tak nie dałam z siebie tyle ile powinnam. 40 km pokonałam w 1:28:19. Obijałaś się! – powiedział znajomy kolarz. 😜

Moich kolegów nie widziałam wcale. Wiedziałam, że tak będzie. Są świetnymi pływakami, a jeszcze lepszymi kolarzami. Nawet jeśli coś stracili na pływaniu to nadrobią na rowerze.

Wbiegłam do strefy zmian T2  i troszkę mi zeszło zanim znalazłam swój numer, na którym miałam powiesić rower. Złapałam worek, zrobiłam kilka łyków coli, chwyciłam żel Alle w rękę, założyłam buff kobietarakieta na głowę i pobiegłam na trasę. Przede mną było 10 km biegu, w samym słońcu i w samo południe. Bulwary Wiślane aż parowały z gorąca. Ponieważ czuje się pewnie i silna w bieganiu to wystrzeliłam jak rakieta w tempie 4;40. Czułam, że mam siłę w nogach. Biegłam szybko i mijałam po drodze wielu ludzi. W końcu to ja mijałam, a nie mnie mijali! ☺ Wśród nich byli tacy co lepiej popłynęli i lepiej pojechali. Żel i cola dały mi trochę siły. Pierwsze 5 km poszło świetnie, ale czułam, że z minuty na minutę tracę siły. Ręce były bardzo suche a upał dawał się mocno we znaki. Trasa biegowa przygotowana była bez zarzutów. Było wszystko co potrzeba biegaczowi: zraszacze, punkty nawadniające, owoce, żele, muzyka i doping. Było wszystko, tylko sił brakowało. Kiedy zaczynałam moje pierwsze kółko, mój kolega z firmy Seweryn już kończył bieg. Zobaczył mnie na trasie i krzyczał: Monia dajesz czadu!!!

Na drugim kółku, około 7 km osłabłam, ale inni też i to dużo bardziej bo nawet szli. Nagle zobaczyłam dziewczynę, która czułam, że potrzebuje motywacji. Krzyknęłam: Dajesz ze mną,! Już blisko! Ona jakby się obudziła i krzyknęła: NO właśnie!!! Tym sposobem pokonałyśmy razem ostatnie 3 km. Martyna! – dziękuję Ci, bo dzięki temu ja też się zmobilizowałam i zapomniałam o całym zmęczeniu.

Wolontariusze dawali wszystko co tylko chciałaś. Nie wiem czemu nie wzięłam tego drugiego żela, bo przydałby mi się. Chyba miałam już dość i było mi wszystko jedno… Mogło tak być, bo przez chwilę miałam taki moment zwątpienia i rezygnacji. Nie lubię biegać dystansów dłuższych niż 5 km a tutaj trzeba było 10. To mnie demotywuje. Kiedy wiedziałam, że META jest tuż tuż, zmobilizowałam się i z uśmiechem na twarzy, jak gwiazda Hollywood wbiegłam na metę. Średnie tempo biegu wyszło 5:44. Lux.

Byłam bardzo zmęczona, ale zadowolona. Czas 3:24:20 był uwieńczeniem całego trudu. Chciałam zmieścić się w limicie 4h i udało się! Skrycie chciałam zrobić cały dystans w czasie 3:20. Niewiele się pomyliłam. Na mecie czekali na mnie już moi koledzy: Seweryn, Adam i Jarek.  Jarkowi poszło rewelacyjnie.

Jest znakomitym pływakiem. Dystans olimpijski pokonał w 27 minut. Rower w godzinę a bieg w 45 min. Wszystko zajęło mu tylko 2:19:36! Adam bał się bardzo pływania, ale zupełnie niepotrzebnie, bo pływanie zajęło mu tylko pół godziny. Rowerem pojechał w 1:08, a 10 km pobiegł w 50 minut.

Poprawił czas w stosunku do zeszłego roku i ostatecznie z czasem 2:39:20 ukończył zawody Ironman 5150 Warsaw. Trzymaliśmy się wszyscy razem przez te dwa dni. Dużo mi pomogli i psychicznie i fizycznie. Chłopaki! Bardzo Wam dziękuję za wspólny wyjazd i niesamowite emocje.

Data Sport niestety nie spisała się. Wielu osobom pomylili wyniki. Adam wielokrotnie chodził i wyjaśniał. A co by było gdyby ktoś nie miał swojego zegarka?! Seweryn był w podobnej sytuacji. Zegarek pokazywał mu zupełnie inny czas niż czujki Data Sport. Dzień po zawodach składał jeszcze reklamacje i wyjaśniał sprawę. Ostatecznie ukończył zawody z czasem 2:46:31, gdzie pływanie zajęło mu 40 minut, rower 1:11 a bieganie 49 minut.

Łącznie na mecie zameldowało się 1208 zawodników, wielu nie ukończyło z różnych powodów, niektórzy się wycofali i nie wystartowali. Ja ciesze się, że wystartowałam i nie wycofałam się pomimo dłuższego dystansu pływackiego. Gdybym od początku wiedziała, że dystans olimpijski liczy 1500 m pływania, być może, nie zdobyłabym się na odwagę aby wystartować. Niewiedza pomaga czasem pokonać strach.  Potem okazuje się, że nie było czego się bać, a wspomnienia są bezcenne.

„Stań na pierwszym planie. Żyj jak bohater. Bądź główną postacią. Bo inaczej po co nam to życie?”

Monia

Żyj jak bohater – Ironman 5150 Warsaw

Monia Monia


Pasjonuję się sportem od urodzenia. Miałam niestety długą przerwę, ale przeznaczenia nie da się oszukać. Od 3 lat nałogowo biegam. Są to głównie biegi na 5 km, 10 km, 3000m, półmaratony, sprint 100m. Mam na swoim koncie koronę półmaratonow i kilka biegów górskich, ale zdecydowanie wolę krótsze dystanse i sprint. Pływam, jeżdżę na rowerze mtb a przynajmniej staram się. Spróbowałam swoich sił w triathlonie i zakochałam się. Jeżdżę na nartach, łyżwach, chodzę po górach. Wszystko oczywiście razem z dziećmi.


Post navigation


2 thoughts on “Żyj jak bohater – Ironman 5150 Warsaw

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *